Powrót
   

 

STAMBUŁ 2011

 

Czas: 20 kwietnia 2011 – 26 kwietnia 2011

Miejsce: Stambuł

Osoby: Basia Wójcik (23, Nowa Ziemia), Dawid Droń (36, Złotoryja)

Cel: Zwiedzić zabytki miasta, przepłynąć Bosfor oraz spędzić Wielkanoc w muzułmańskim kraju.

Koszt: 2,100 PLN/os.

 

 

 

Dzień 1 - 20 kwietnia 2011 - środa

 

PRZEZ MONACHIUM

 

Trzeba było wstać przed szóstą bo autobus do Wrocławia mieliśmy o 7.20. Szybkie śniadanie, ostatnie dopakowywanie i niestety przykre odkrycie. Coś nie tak z kamerą. Ładowała się pół dnia i całą noc, a niestety poziom energii w baterii zerowy. Zacząłem grzebać i próbować coś z tym zrobić ale ciągle nie ładowała, choć pokazywała, że ładuje. Wreszcie jednak coś drgnęło i zaczęła ładować naprawdę.

 

Po śniadaniu i oporządzeniu się w domu, wyszliśmy z naszymi walizkami na autobus. Przeszliśmy przez miasto, mijając busika, który też jechał do Wrocławia spod ZOKu. Dotarliśmy wcześniej niż planowaliśmy i dlatego ze sporym zapasem czasu wyczekiwaliśmy na przyjazd "Lubania".

 

Autobus zjawił się punktualnie. Prowadził Lenin, a na szybie Basia zauważyła, że możliwy jest dostęp do neta. To pierwsza nasza wyprawa z komputerem więc zaczęliśmy próbować złapać sygnał ale nic to nie dało.

 

Po wjeździe do Wrocławia, mieliśmy dosyć czasu na dotarcie na lotnisko. Okazało się, że w związku z Euro2012, dworzec PKP w remoncie więc trzeba było obejść go dookoła w czym pomógł nam pan sprzedający “Metro”.

 

Kiedy już przebiliśmy się na drugą stronę, autobus 406 już czekał na odjazd w kierunku lotniska. Miałem jeszcze stary bilet z zeszłego roku, który nie omieszkałem wykorzystać, a Basia kupiła sobie w kiosku. W autobusie zamontowana była maszynka do kupowania biletów, za które można płacić nowoczesnymi kartami bezstykowymi. Chciałem wypróbować ten system ale jakoś nie dało rady.

 

W trakcie jazdy robił się powoli tłok i w pewnym momencie usłyszeliśmy jakichś obcokrajowców. Na pierwszy rzut ucha myślałem, że to Włosi. Basia stawiała na język portugalski aż w końcu usłyszeliśmy, że jednak to hiszpański. Próbowaliśmy już do końca trasy wyłapać coś z ich mowy ale tylko się załamaliśmy bo praktycznie nic nie usłyszeliśmy.

 

Wreszcie wysiadka pod lotniskiem i szybkie sprawdzenie sytuacji. Mnóstwo czasu, bramki jeszcze nie otwarte. Zważyliśmy tylko bagaże i okazało się, że ja mam zaledwie 11kg, a Basia idealnie 15kg. Mając tak wiele czasu, wjechaliśmy sobie na górę do kawiarni.

 

Basia zakupiła dwie kawy za bagatela 30zł i zaczęliśmy próbować łapać Internet. Kiepsko nam szło na początku ale wreszcie się udało złapać miejską sieć i mogliśmy trochę zabić nudę. Kiedy tak czas nam mile upływał, zorientowaliśmy się, że tak naprawdę to się nie odprawiliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać czy czasem nie powinniśmy byli tego zrobić w domu. Zaczęła się walka z czasem bo postanowiliśmy to zrobić czym prędzej po przeczytaniu mejla od Lufthansy. Ciężko powiedzieć dlaczego tego nie zrobiłem. Miałem chyba jakoś tak zakodowane, że to nie tania linia i dlatego odprawa i cyrk z drukowaniem karty nas tu nie obowiązuje. Jednak w mejlu wyraźnie było napisane, że można to zrobić samemu.

 

Nie mieliśmy drukarki więc trzeba było skorzystać z innej możliwości. W opcjach były dwie inne i jedną z nich zaznaczyłem. Chwilę później dostałem SMSy z miejscem i tak jakby kartą pokładową plus dodatkowo jakiś link. Nie wiedzieliśmy, czy to wystarczy ale Basia zrobiła identycznie. Nic więcej zrobić raczej nie mogliśmy.

 

Poszliśmy więc do odprawy Lufthansy. Trochę się obawialiśmy czy czasem nie skasują nas za brak wydrukowanej karty pokładowej ale facet sam nam wydrukował. Wyszło więc wszystko dobrze i mogliśmy spokojnie oczekiwać na odprawę.

 

Oczywiście jak zwykle trzeba było przechodzić te nieprzyjemne kontrole osobiste, zdejmowanie paska i opróżnianie kieszeni. Basia spytała o komputer ale nie należy się martwić tylko go prześwietlić. Zapomniałem o wodzie, którą miałem w plecaku. Kazali wyrzucić i nawet nie pozwolili wypić!

 

W hali odlotów było już sporo ludzi ale oczywiście czekali też na inne samoloty, głównie na Ryana. Korzystając z faktu, że wrocławski "dobry gospodarz" fundował nam darmowy Internet, to odpaliliśmy malucha i znowu można było trochę posurfować.

 

Wreszcie nadszedł nasz lot. Podjechał autobus i zabrali nas daleko na płytę lotniska. Podjechaliśmy pod malutki, 40-osobowy samolocik Dash 8-Q400 i po dłuższym przetrzymaniu nas w autobusie, w końcu wypuścili nas na płytę żebyśmy mogli zasiąść w maszynie. Miejsca mieliśmy oddalone od siebie, mi przypadło z przodu z jakimś Niemcem ale kiedy już wszyscy się usadowili, to znalazłem dwa wolne obok siebie i przenieśliśmy się tam z Basią. Lot miał trwać krócej niż podróż ze Złotoryi do Wrocławia autobusem. Obsługiwany był przez Augsburg Airways (http://www.augsburgair.de), regionalnego przewoźnika pracującego dla Lufthansy.

 

Po wystartowaniu, dzięki ładnej pogodzie, mogliśmy dostrzec znajome tereny, po czym podano nam obiad. Śmieszne to było, bo to trochę pasków sałaty i 4 kulki mielonego mięsa i jakaś bułka. Ja oczywiście dostałem w spadku 4 kulki z zestawu Basi choć w ten sposób obiad ledwo podrażnił mi zmysł smaku.

 

W Monachium mieliśmy aż 5 godzin czekania i dlatego nie za bardzo myślałem o tym aby pojechać do miasta. To był spory błąd bo po pierwsze dojazd do centrum zająłby nam niecałe pół godziny, a po drugie strasznie się wynudziliśmy na tym terminalu. Poza tym, mieliśmy spore problemy z zorientowaniem się jak to lotnisko jest skonstruowane.

 

Najpierw przeszliśmy wzdłuż terminalu i pooglądaliśmy co nieco po sklepach aż doszliśmy do stanowiska z darmową kawą. Tam usiłowaliśmy uruchomić neta ale monachijski "dobry gospodarz" już nie był taki dobry. Nie udało się złapać darmowej sieci więc Basia postanowiła, że napisze swoją pracę zaliczeniową bez neta. Kiedy ona zaczęła sobie pisać, ja szukałem czegoś do jedzenia ale przez cały czas nurtowało mnie pytanie, dlaczego w tym terminalu jest tak mało ludzi. W końcu znalazłem mapkę i oświeciło mnie, że jesteśmy w drugiej części terminala, i to w dodatku w tej, gdzie są głównie międzylądowania.

 

Chcieliśmy się przedostać do tej głównej części, gdzie znajdowały się stanowiska odlotów i w ogóle cała infrastruktura lotniska. Spróbowaliśmy więc przejść przez pewne drzwi ale za chwilę znaleźliśmy się w strefie między kontrolą paszportową a kontrolą bagażową. Zgłupieliśmy i aby wrócić do naszego miejsca musieliśmy przejść przez odprawę paszportową.

 

Zauważyliśmy na górze przesmyk, którym przechadzali się jacyś ludzie więc postanowiliśmy iść na samą górę. Tam jednak go zlokalizowaliśmy i nie był on przeznaczony dla pasażerów. Złapaliśmy tam jednak darmową sieć z tym, że jednak nie dało się uruchomić przeglądarki. Basia chciała dopisać coś do pracy więc usiadła i zaczęła tworzyć. Długo jej schodziło, a ja szukałem nadal przebitki na drugą stronę terminala. Studiowałem plan lotniska i w końcu znalazłem miejsce.

 

Zabrałem więc Basię, która już skończyła swoją pracę i zjechaliśmy windą na sam dół aby stamtąd móc udać się na terminal A i B lub C, tam gdzie znajdowała się ta część centralna. My bowiem byliśmy na G i H.

 

źródło: munich.airport-car-hire.net

1. Schemat lotniska w Monachium

 

Kiedy zjechaliśmy na poziom ulicy, znowu nikogo nie zastaliśmy, tylko kartkę, że trzy razy na godzinę podjeżdża autobus, który zawozi ludzi do terminali A-E. Niestety, nasz najbliższy autobus miał przyjechać za ponad 15 minut. W dodatku, drzwi były zamknięte, wokół żywej duszy i tylko my czekający na autobus.

 

W końcu przyjechał, wysiadł kierowca, otworzył drzwi i nas wpuścił do zupełnie pustego autobusu. Upewniłem się jeszcze czy rzeczywiście dobrze jedziemy i ruszył w kierunku terminala B. Zanim objechał całe lotnisko, zatrzymując się od E do C, to trochę czasu minęło. Wysadził nas pod B, znów otworzył drzwi do budynku i życzył miłej podróży.

 

Kiedy weszliśmy schodami na górę, zupełnie zgłupieliśmy. Byliśmy znów po stronie kontroli bagażowej, a paszportowej nie było widać. Totalnie się załamaliśmy bo nie rozumieliśmy o co tu chodzi. Nie było wyjścia, należało się kogoś spytać i Basia spytała się jakiegoś policjanta jak stąd wyjść. Wskazał nam dziwne drzwi i objaśnił kiedy można je otworzyć, w zależności od koloru światełka. Kiedy zrobiliśmy tak jak trzeba, nagle usłyszałem zza szyby "Bitte" i poczułem się jak Stuhr w tej scenie z "Seksmisji" http://youtu.be/JmzxjtMxuuU#t=6m40s

 

Przeszliśmy więc drugi raz kontrolę paszportową ale wreszcie znaleźliśmy się tam, gdzie powinniśmy. Było wyjście na miasto, autobusy, taksówki i mnóstwo ludzi i sklepów. Byliśmy już trochę głodni więc na szybkiego wstąpiliśmy do McDonalda. Powodem było też to, że mnóstwo ludzi siedziało z lapkami i surfowało a w tym celu przy stołach było chyba z kilkadziesiąt kontaktów żeby się było można podłączyć.

 

Basia zamówiła zestawy a potem próbowaliśmy coś wykombinować z netem. Znowu lipa i ostatecznie odpuściliśmy. Ja sobie doładowałem kamerę i trochę posiedzieliśmy na miękkich fotelach. Naprzeciwko nas znajdowało się wejście do terminali G i H. Jak to się stało, że objechaliśmy całe lotnisko aby dostać się do punktu oddalonego o 100m pozostanie naszą tajemnicą i największym sztosem jakiego dokonaliśmy. Zachowaliśmy się jakbyśmy pierwszy raz byli na lotnisku.

 

Po wejściu do terminala, poddani zostaliśmy kontroli bagażowej oraz oczywiście paszportowej, trzeci raz w ciągu kilku godzin. Jeśli wpisywali nasze dane do systemu to chyba niezły ubaw z nas mieli, że sobie łazimy przez granicę w tę i z powrotem.

 

Udaliśmy się pod naszą bramkę na lot do Stambułu. Ludzie już czekali, ja sprawdziłem, że kontakty z prądem nie działały na lotnisku a potem już tylko oczekiwanie na lot wraz z coraz większą grupą ludzi. Byli to jednak głównie Turcy, choć sporo też Niemców.

 

Mieliśmy miejsca z rzędu trzeciego więc de facto były to pierwsze w kolejności. Przed nami tylko ściana. Jednak między nami miał ktoś siedzieć. Okazał się nim być młody chłopak i Basia od razu go poprosiła żeby się przesiadł. Nie było żadnego problemu. Basia siadła przy oknie, ja w środku i tak, wg. mnie powinniśmy przesiedzieć 4.5h. Sprawdzałem godziny lotów i wyliczyłem taką długość lotu.

 

Po starcie szybko znaleźliśmy się nad Alpami. Piękne, ośnieżone szczyty przebijały się przez chmury i lśniły w blasku zachodzącego powoli słońca. W tym czasie podano obiado-kolację i na osłodę dodano po zajączku wielkanocnym. Przy drinkach zażyczyłem sobie piwko i ten siedzący obok Niemiec, kiedy usłyszał, że ja biorę piwo, to wycofał swoje zamówienie i zgapił ode mnie.

 

2. Alpy austriackie

 

Potem prawie jednocześnie wyciągnęliśmy nasze komputery i zajęliśmy się pisaniem. Wtedy też kapitan ogłosił, że za pół godziny lądujemy bo pod nami Stambuł. Myślałem, że się przesłyszałem ale wszystko wskazywało na to, że zaraz będziemy podchodzić do lądowania. Pod nami rozciągało się rozświetlone miasto, które ciągnęło się kilometrami. Zastanawialiśmy się czy rzeczywiście jest to już Stambuł bo ciągle lecieliśmy dość wysoko, a światła cały czas na dole były dostrzegalne.

 

Wreszcie wyszło na jaw, że to nie pilot się pomylił i chciał wylądować gdzieś bliżej, tylko ja zamiast odjąć godzinę w związku ze zmianą czasu, dodałem ją i lot wydłużyłem o dwie godziny. Podsumowując zamiast lecieć 4.5h jak myślałem, wylądowaliśmy już po 2.5h.

 

Gdy wsiadaliśmy w Monachium, a wcześniej w Polsce, temperatura oscylowała wokół 20+ stopni. Przeglądając prognozy na czas naszego pobytu nie mogliśmy się nadziwić, że w Stambule temperatura ma nie przekraczać 15 stopni, a nawet może zdarzyć się 9 czy 10 stopni. Niestety prognozy się potwierdziły i po wyjściu z terminala dostaliśmy podmuch zimnego powietrza.

 

Zanim jednak poczuliśmy ten powiew, ustawiliśmy się kolejce po wizę, którą należało zakupić w specjalnym okienku. Jednorazowa wiza kosztuje €15 i jest to zwykła naklejka jak z gumy do żucia. Potem trzeba przejść kontrolę paszportową i można odbierać bagaż.

 

Mieliśmy umówionego człowieka z hotelu, bo było już w okolicach północy i przypuszczalnie dotarlibyśmy na rano, gdybyśmy mieli sami kombinować z odszukaniem naszego hotelu. Facet czekał z kartką i moim nazwiskiem i dość szybko zabrał nas ze sobą. Wyrwał wręcz Basi jej walizkę i prawie biegiem prowadził nas na parking. Tam zatrzymaliśmy się na chwilkę aby mógł zapłacić za parking a potem już do samochodu. Wtedy też poznaliśmy kulturę jazdy miejscowych. O mały włos rozpędzony samochód potrąciłby Basię, która przyglądała się jak pakujemy walizki do bagażnika. Na kierowcy nie zrobiło to najmniejszego wrażenia, popędził dalej nie zważając, że to jeszcze parking podziemny.

 

Za chwilę przekonaliśmy się po raz dugi co to znaczy prowadzić w Stambule. Nasz kierowca jechał momentami 140km/h przy ograniczeniu do 70, ścinał zakręty, przejeżdżał na podwójnej ciągłej, migał długimi żeby mu zjechali. Ale to nie był tylko on, bo nas też ktoś wyprzedzał i robił podobne rzeczy. W takim układzie, można sobie tylko wyobrazić jak wygląda ruch uliczny w tym mieście. Chyba nie ma sensu wypożyczać tu samochodu.

 

Dominik, bo tak chyba miał na imię, nie był zbyt rozmowny, ja w sumie nie wiedziałem czy on mówi po angielsku więc generalnie była cisza w samochodzie. W końcu zapuścił jakąś muzyczkę regionalną i trochę poczuliśmy klimat orientalny. Samo miasto, natomiast, błyszczało w świetle neonów i lamp i robiło wrażenie bardzo nowoczesnego.

 

Kiedy wjechał do dzielnicy Sultanahmet, zobaczyliśmy pokręcone wąskie uliczki i po chwili znaleźliśmy się pod naszym hotelem. Wyszedł młody chłopak, zabrał nasze bagaże i od razu wyciągnął mapę aby nam pokazać gdzie jesteśmy i jak daleko od najważniejszych miejsc. Tuż obok na sofce siedział jakiś młody gościu i podskakiwał oglądając mecz: Real – Barcelona w Pucharze Króla.

 

Chłopak z recepcji spisał nas z paszportu i zabrał Basi walizkę, po czym weszliśmy na samą górę, gdzie pokazał nam nasz pokój. Malutki ale całkiem przytulny. Czysty, z dużym podwójnym łóżkiem, czyli taki jak zamówiłem. Za oknem widać było podświetlone minarety jednego z największych zabytków Stambułu – Błękitnego Meczetu. Co jednak nas zaskoczyło, a na początku rozbawiło, to fakt, że nie było tam w łazience kabiny prysznicowej, tylko wąż i kratka ściekowa. Prysznic brało się normalnie na posadzce.

 

Basia poszła się kąpać, ja włączyłem wspomniany mecz (jedyna bramka meczu tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=C_D7uh_kzc0 ), a potem zabrała się za rozpakowanie, kiedy ja próbowałem turecki wynalazek prysznicowy. Zrobiliśmy małe przemeblowanie jak zwykle i zmęczeni całym dniem poszliśmy spać.

 

Dzień 1: Złotoryja – Wrocław – Monachium – Stambuł  2143km

 

Dzień 1: Lotnisko im. Ataturka – Hotel Sur  18km

 

 

 

Dzień 2 - 21 kwietnia 2011 – czwartek

 

OD RAZU Z GRUBEJ RURY

 

Pobudkę zaserwował nam pobliski meczet już o 5. rano. Darł się jakiś imam w niebogłosy i nie było szans żeby się nie obudzić. Jednak trwało to tylko chwilę i udało się nam zasnąć ponownie.

 

Śniadanie mieliśmy podane na tym samym piętrze, tzn. tuż obok naszego pokoju znajdowała się kuchnia, po której już od 7. rano kręciły się dwie panie przygotowujące te śniadania. Pomieszczenie obok, to była jadalnia, która była umiejscowiona w oszklonym balkonie, z którego rozpościerał się piękny widok na Morze Marmara. Było, co prawda mało stolików, a my przyszliśmy kiedy już inni byli ale jakoś znaleźliśmy sobie miejsce.

 

3. Widok na Morze Marmara z okna hotelu

 

W kuchni rozłożone były pokarmy, można powiedzieć, że standardowe. Świeże pieczywo, trochę wędliny, sery, warzywa ale też owoce, słodkości oraz soki. Nie można było narzekać. Niby samoobsługa ale obie panie były gotowe odebrać zużyte naczynia.

 

W jadalni bardzo międzynarodowo ale najbardziej przebijał się głos hiszpańskiej rodzinki. Nie przejmowali się, że są głośni, a inni zupełnie cisi. Byli też Francuzi, Niemcy, Amerykanie i Włosi.

 

Pogoda nadal szokująca. Było zimno, drzewa bez liści, niebo zachmurzone. Można było porównać do polskiego marca. A my naiwni myśleliśmy, że nawet na plażę będzie można pojechać. Tymczasem trzeba było się ubrać porządnie, bo wietrzysko znad morza też robiło swoje. Na tyle mocno dała się nam we znaki ta pogoda, że poczułem iż dopada mnie jakaś choroba. Położyłem to również na karb tej zimnej coli w Monachium i klimatyzacji w samolocie, zmiany pogody itd. ale niemniej jednak czułem się źle. Jednakże przygotowaliśmy się na podbój miasta, a zacząć nie wypadało od niczego innego jak Błękitnego Meczetu, który widzieliśmy z okna.

 

Błękitny Meczet (właściwie Meczet Sułtana Achmeda) jest jednym z ostatnich, a zarazem najwspanialszych przykładów tzw. "klasycznego okresu" sztuki islamskiej w Turcji.

 

Budowę meczetu, w 1609, rozpoczął w towarzystwie urzędników państwowych sam sułtan Ahmed I (wówczas 19-letni), którego ambicją było stworzyć budowlę wspanialszą od stojącej w pobliżu Hagia Sofii. Zgodnie ze swoim zwyczajem pracował on aż do zmęczenia. O wadze świątyni świadczyło również jej położenie - bezpośrednio przy Pałacu Topkapi. Swego znaczenia nie stracił on nawet po tym, gdy siedzibę sułtana przeniesiono do Pałacu Dolmabahçe. Przez cały okres istnienia monarchii otomańskiej rolę świątyni imperialnej dzielił z nieco starszym Meczetem Sulejmana.

 

Meczet wzniesiony na planie niemal kwadratu (51,65 m x 53,40 m) znajduje się na sporym placu, do którego wiedzie pięć bram. Na tym zewnętrznym dziedzińcu znajdują się również midha dla wiernych (midha na dziedzińcu wewnętrznym pełni jedynie rolę ozdobną). Z placu zewnętrznego trzy bramy prowadzą na dziedziniec wewnętrzny, otoczony krużgankami wspartymi na 26 kolumnach i przykrytymi sklepieniami w postaci 30 kopuł. Na dziedzińcu wewnętrznym znajduje się wspomniana już ozdobna midha, zaś we wschodniej jego części medresa.

 

W czterech narożnikach meczetu oraz na dwóch narożnikach dziedzińca wewnętrznego ustawiono łącznie sześć minaretów. Do wnętrza meczetu prowadzą trzy wejścia, dwa z dziedzińca zewnętrznego i jedno z wewnętrznego. Świątynię przykrywa kopuła o średnicy 22,4 m, która wznosi się 43 m ponad poziom posadzki. Podtrzymują ją cztery półłuki i cztery pendentywy rozpięte między czterema filarami, które z powodu swojej średnicy (5 m) nazywane są niekiedy "nogami słoniowymi". Uzupełniają ją cztery półkopuły. Światło do wnętrza meczetu przenika przez 260 okien, w których nie zachowały się niestety oryginalne barwne szyby.

 

Wzdłuż ścian biegną galerie, które zdobi 21 tysięcy płytek fajansowych z manufaktur w İzniku. Ich utrzymane w błękitnej tonacji ornamenty roślinne dały meczetowi jego popularną nazwę. Mihrab i minbar wykonano w białym marmurze, zaś posadzki wyściełają miękkie czerwone dywany. Należy zauważyć, że jest to nie tylko atrakcja turystyczna, ale i czynny meczet. W związku z tym część modlitewna oddzielona jest od części dla turystów, którzy wchodząc do wnętrza muszą, zgodnie z tradycją muzułmańską, zdjąć buty.

 

4. Błękitny Meczet

 

Podejście pod meczet zajęło nam chwilkę ale kiedy ujrzeliśmy go już z poza murów, to zobaczyliśmy również niesamowitą kolejkę ustawioną do jego wejścia. Nie było rady, tylko trzeba było się ustawić. Skoro to czynny meczet, więc nie było trzeba kupować żadnych biletów ale kolejka była spowodowana obowiązkowym rytuałem ściągania butów.

 

Gdy przyszła nasza kolej, zobaczyliśmy, że stoją strażniczki i sprawdzają czy aby wszyscy dokonali tego obowiązku. Jeszcze w kolejce próbowaliśmy Basię przyozdobić odpowiednią chustą zakrywającą włosy, która miała być zrobiona z szalika ale jak się później okazało nie było to konieczne. Buty mogliśmy sobie włożyć do foliowych woreczków, które odrywało się od wielkiej beli przygotowanej przed wejściem.

 

W samym meczecie, ścisk, tłum i ciemnica. Faktycznie, barwa błękitna dominuje ale mało można zobaczyć przez tych ludzi. Część dla modlących jest odgrodzona, spacerowały tam jakieś babki, jeden gościu modlił się trochę dalej ale reszta była pusta. Obejrzeliśmy ten zabytek ale generalnie trochę byłem rozczarowany tym hałasem i tłumem. Absolutnie nie sprzyjało to takiemu prawdziwemu zagłębieniu się w historię tego miejsca.

 

Wyszliśmy na zewnątrz i naprzeciwko nas ukazała się druga ważna budowla tego miasta – Hagia Sofia. Nim jednak tam poszliśmy, Basia odkryła przejście na dziedziniec, na którym trochę zabawiliśmy. Co prawda, były tam też spore tłumy ale jakoś udało się nam obejrzeć go w spokoju i cyknąć parę fotek. Wychodząc z dziedzińca, znaleźliśmy się w kolejnym istotnym miejscu historycznym – Hipodromie.

 

Hipodrom w Stambule to niezachowana budowla bizantyjska, przeznaczona jako miejsce wyścigów dla koni i rydwanów. Obecnie jest to plac w Stambule. Budowę hipodromu w Bizancjum rozpoczął w 203 r. Septymiusz Sewer. Po przeniesieniu stolicy cesarstwa rzymskiego, Konstantyn Wielki, rozbudował i upiększył istniejący budynek cyrku, w którym rozgrywano wyścigi rydwanów. Jedynym zachowanym elementem z tego okresu jest obelisk sprowadzony z Egiptu przez Teodozjusza i ustawionym w 390 r. już na polecenie Konstantyna cokole. Cokół pokrywają marmurowe płyty ozdobione płaskorzeźbami z wizerunkiem oglądającego wyścigi cesarza w centralnej jego części (przykład wczesnobizantyjskiej sztuki). Sam obelisk (o wysokości 19,6 m), pokryty hieroglifami z imieniem Totmesa III znajdował się przed świątynią boga Amona-Re w Karnaku i datowany jest na XV w. p.n.e.

 

W środkowej części hipodromu znajduje się Wężowa Kolumna. Pochodzi ona ze świątyni Apollona w Delfach. Została ufundowana przez 31 greckich miast, po zwycięskiej bitwie pod Salaminą (480 r. p.n.e. i Platejami (479 r. p.n.e., podczas wojny z Persami. Posąg został przewieziony do Konstantynopola w IV wieku. Nie wiadomo, czy ustawiono go w obecnym miejscu bezpośrednio po przewiezieniu, czy w latach późniejszych. Jednak spoglądając na różnicę poziomów terenu (obecnie i w chwili postawienia kolumny) należy sądzić, że stoi tu od dawna. Nie wiadomo także, kiedy i w jakich okolicznościach zostały zniszczone głowy węży. Trzy spiralnie splecione żmije z brązu miały wysokość ok. 8,0 m, obecnie 5,3 m.

 

Na południowym krańcu hipodromu znajduje się drugi, kamienny obelisk o wysokości 32 m. Nie wiadomo, kto i kiedy go ustawił. Najprawdopodobniej pochodzi z IV-V wieku. Odnowiono go w X wieku za panowania Konstantyna VII Porfirogenety i jego syna Romana II, stąd jego nazwa – obelisk Konstantyna. Kolumnę pokrywały płyty z brązu, które zostały wywiezione podczas IV wyprawy krzyżowej do Wenecji. Podobny los spotkał rzeźbę przedstawiającą czwórkę koni ciągnących kwadrygę. Konie, na polecenie Enrico Dandolo, zostały także wywiezione do Wenecji, gdzie zdobią Bazylikę św. Marka.

 

Na północnym krańcu hipodromu znajduje się fontanna cesarza Wilhelma II, dar dla dynastii Osmanów. Fontanna została zaprojektowana i wykonana po wizycie cesarza. W początkowym okresie hipodrom był budowlą o wymiarach 480 m (długość) na 117 m (szerokość). Tory, na których rozgrywano wyścigi kwadryg dzieliła spina, a widownia (cavea) mogła pomieścić około 100 tysięcy widzów. W 1204 r., po zdobyciu Konstantynopola przez krzyżowców, rozpoczął się proces niszczenia i grabieży miasta, w tym także hipodromu.

 

Plac w miejscu hipodromu stał się areną wielu wydarzeń. Na nim w 1826 r. doszło do rzezi janczarów zbuntowanych przeciwko edyktowi sułtana Mahmuda II, który postanowił rozwiązać ich korpus. Sułtan Abd-ul-Hamid II został usunięty z tronu po zamieszkach w 1909 r., które miały tu miejsce.

 

Zatrzymaliśmy przed tymi atrakcjami aby uświadomić sobie jak cholernie stare są te obeliski i rzeźby. Jeden z obelisków był akurat remontowany. Sam hipodrom nie przypomina zupełnie tego, czym musiał być te setki lat temu i ciężko by było się zorientować, że tu kiedyś biegały konie. Ot, zwykły plac otoczony drzewami. Natomiast te wspomniane rzeźby, robią wrażenie starych, szczególnie ta Kolumna Wężowa.

 

Basia była pod dużym wrażeniem tak ogromnej ilości kwiatów jakie wypełniały niemal wszystkie skwery miasta. I nie były to byle jakie kwiaty, a jej ulubione – tulipany. Istotnie, tysiące kwiatów w najróżniejszych barwach i odcieniach spowiły każdy fragment miasta nie pokryty brukiem. Sporo turystów robiło sobie na ich tle zdjęcia bo prezentowały się znakomicie. Dopiero później znaleźliśmy baner informujący, że odbywa się właśnie festiwal tulipanów.

 

Po wyjściu z Hipodromu znaleźliśmy się za fontanną, a za nią już była główna arteria miasta, przecięta słynną linią tramwajową. Po obu stronach znajdują się tam knajpki, sklepy, banki i kantory. Na środku ulokowali przystanek tramwajowy, do którego nie tak łatwo się dostać. Odgrodzony bramkami, szczelnie uniemożliwia oszukiwanie. Po jednej ze stron, maszyna z biletami. Cała ulica schludna i nowoczesna i nawet był to dla mnie dość zaskakujący fakt bo spodziewałem się raczej syfu i brudu w południowym stylu, tak jakby chociaż na Malcie.

 

Kierowaliśmy się do Hagia Sofii ale Basia odnalazła jakąś cukiernię i była pod ogromnym wrażeniem możliwości cukierniczych tureckich cukierników. Robiła zdjęcia wymyślnych tortów aby dać natchnienie swojej Mamie. A projekty za szybą były naprawdę niesamowite.

 

W końcu jednak odciągnąłem ją od szyby i przeszliśmy na drugą stronę pod słynną Hagia Sofię. Tam jednak, na parkingu, zastaliśmy kłębowisko turystów, autokarów, grajków i handlarzy. Zamieszanie niemiłosierne, manewry kierowców autokarów wśród tłumów zgromadzonych na parkingu musiały ich nieźle wkurzać bo ciężko było ujechać kilka metrów bez użycia klaksonów.

 

5. Hagia Sofia

 

Wzdłuż murów okalających ten piękny zabytek, ustawiona była dość długa kolejka i raczej nie było opcji aby w niej nie stanąć. Ustawiliśmy się więc pokornie na jej końcu, licząc, że może postoimy z pół godziny ale wejdziemy.

 

Tymczasem podszedł do nas jakiś gość i zaczął gadać do nas po rosyjsku myśląc zapewne, że jesteśmy Rosjanami. Kiedy wytłumaczyliśmy mu, że jesteśmy Polakami, nie zraziło go to zupełnie i dalej zaczął nawijać po rosyjsku. Jako, że nie miałem problemów ze zrozumieniem go o co mu chodziło, zacząłem konsultować sprawę z Basią. A chodziło o wejście do Sofii bez stania w kolejce, ponieważ ów pan posiadał dwa niewykorzystane bilety, które oferował w tej samej cenie co w kasie. Trochę to było podejrzane, bo niby jaki dla niego to interes ale zachęcał nas do sprawdzenia, że wszystko jest ok. Nie omieszkaliśmy tego zrobić i zdecydowaliśmy się zaryzykować, choć trochę się obawiałem, że po zapłaceniu, oddali się a nas nie wpuszczą do środka. Koszt nie był jednak aż tak wygórowany i podjęliśmy tę grę. Dostał 40TR czyli jakieś 70zł, a on nie oddalił się tylko zabrał nas ze sobą i "podpiął" pod jakąś włoską wycieczkę. Trochę nie rozumiałem o co chodzi ale jakoś weszliśmy z nimi bez kolejki. Sprawdzili nam bagaż i ustawiali się już za swoim przewodnikiem kiedy Basia wytłumaczyła mi, że my raczej z nimi już nie musimy łazić bo i tak włoskiego nie znamy i możemy sobie sami pochodzić. Bo ja naiwniak myślałem, że teraz będziemy zmuszeni zapierniczać w całej tej grupce z nimi. Na szczęście byliśmy wolni.

 

Hagia Sofia to kościół w Stambule (dawny Konstantynopol) znany jako Kościół Mądrości Bożej, zwany również Wielkim Kościołem. Jest to monumentalna świątynia bizantyjska, uważana za najwspanialszy obiekt architektury i budownictwa całego pierwszego tysiąclecia naszej ery.

 

Była to najwyższa rangą świątynia w Cesarstwie bizantyjskim, katedra patriarsza oraz miejsce modłów i koronacji cesarzy. W ciągu wieków niedościgniony wzór świątyni doskonałej i niemal symbol Kościoła bizantyjskiego. Została ona ufundowana przez Justyniana I Wielkiego, w obecnym kształcie powstała w okresie od 23 lutego 532 do 27 grudnia 537. Po zajęciu Konstantynopola przez Turków w 1453 zamieniona na meczet (wtedy m.in. dobudowano minarety). Świątynię miał przyćmić wybudowany w XVII wieku Błękitny Meczet. Obecnie muzeum. Nazwa kościoła znaczy dosłownie "Święta Mądrość" i odnosi się do jednego z atrybutów Boga, zazwyczaj tłumaczonego na język polski jako "Mądrość Boża".

 

W 558 kopuła kościoła zapadła się podczas trzęsienia ziemi, następnie zaś kościół wielokrotnie płonął, jednak za każdym razem szybko go remontowano. Kościół został ograbiony i zbezczeszczony w 1204 przez zachodnie rycerstwo podczas IV krucjaty. Aż do odzyskania Konstantynopola w 1261, za panowania Michała VIII Paleologa, kościół służył katolikom.

 

Ostatnie nabożeństwo odbyło się tu 28 maja 1453, brali w nim udział zarówno prawosławni jak i katoliccy obrońcy Konstantynopola. W 1453 sułtan Mehmed II Zdobywca po opanowaniu miasta miał wydać rozkaz, aby Hagię Sofię natychmiast przekształcono w meczet. Turcy nie zniszczyli wnętrza, lecz wszystkie elementy chrześcijańskie zatynkowali. Po upadku imperium osmańskiego Turcja stała się laicką republiką. W związku z tym Mustafa Kemal Atatürk w 1934 polecił, aby świątynia, która przez 916 lat służyła chrześcijanom, a przez 481 lat muzułmanom, została zmieniona w muzeum.

 

Kształt kościoła łączy w sobie cechy bazyliki i budowli na planie centralnym o wymiarach 71 m x 77 m. Centralna część nawy środkowej przykrywa olbrzymia kopuła o średnicy podstawy wynoszącej 31,2 m na krótszej osi, zaś 32,8 m na dłuższej. Wysokość od posadzki do najwyższego punktu kopuły to 55,6 m. Konstrukcja opiera się na czterech potężnych filarach umieszczonych w narożach kwadratu, oraz 107 kolumnach. Wszystkie wcześniejsze kopuły opierały się całym obwodem na masywnych murach. Wprowadzona innowacja wywołała iluzję zawieszenia kopuły w powietrzu. Do budowy kościoła użyto wiele drogich materiałów. Posadzki i bazy kolumn wykonano z ciemnoszarego marmuru. Do wykonania kolumn zastosowano w większości zielony marmur. Od nawy głównej eskedry oddzielone są kolumnami z czerwonego porfiru będące elementami spolium. Kapitele kolumn, nadłucza arkad i gzymsy oplata misterny relief o motywach roślinnych i geometrycznych. Wnętrze kopuły pokrywała złota mozaika a na pendentywach umieszczono wielkie postacie cherubinów. Bogate było także wyposażenie kościoła.

 

Więcej zmian wprowadziły przebudowy dokonane po przekształceniu kościoła w meczet. Dodano wtedy wysokie minarety i liczne mauzolea otaczające budowlę. Usunięto część mozaik i fresków a pozostałe zamalowano. Z okresu osmańskiego pochodzi również osiem drewnianych medalionów zawieszonych u podstawy kolumny. Są to doskonałe przykłady islamskiej kaligrafii. Umieszczono na nich osiem imion: Allaha, Mahometa, czterech pierwszych kalifów oraz dwóch wnuków Mahometa. W 1934, gdy meczet przekształcono w muzeum, rozpoczęto prace związane z odsłonięciem pierwotnego wystroju budynku wraz z zachowanymi mozaikami, które można obecnie oglądać.

 

Wnętrze budynku jest dużo ładniejsze niż widok z zewnątrz. Tak oboje stwierdziliśmy jednogłośnie. W dodatku w środku jest naprawdę ciekawie. Wymieszanie sztuki chrześcijańskiej z islamską, ciekawy wystrój i niesamowita przestrzeń robi naprawdę niezłe wrażenie.

 

6. Hagia Sofia - wnętrze

 

Spacerowaliśmy sobie po całym tym pięknym zabytku, wchodząc również na balkony. Znaleźliśmy słynne chrześcijańskie mozaiki, których nie wolno fotografować z lampą. Co prawda, ludzi znów było sporo ale jakoś więcej miejsca i nie czuło się tych tłumów aż tak bardzo.

 

Wreszcie kamiennym korytarzem udaliśmy się ku wyjściu. Przed budynkiem nadal kłębiły się tłumy, spotkaliśmy nawet naszego "Ruska" ale zależało nam żeby się przebić ku małemu parkowi usytuowanemu pomiędzy Hagia Sofią a Błękitnym Meczetem. Tam znaleźliśmy ławeczkę i w słoneczku, choć przy zimnym wietrze, obserwowaliśmy sobie spokojnie różne układy fontanny. Woda lała się w różnie wyreżyserowany sposób, a na pobliskich sąsiednich ławeczkach, co rusz, dosiadali się turyści. Obok nas też przycupnęła starsza amerykańska para.

 

Posiedzieliśmy tak ze dwa kwadranse, po czym zdecydowaliśmy się na spacerek wokół Hagia Sofii gdyż uliczka ta miała okazać się jedną z wielu atrakcji Stambułu. Nazwa jej to "ulica zimnego źródła" a słynna jest z pięknie odrestaurowanych domków usytuowanych po obu jej stronach. Jest to króciuteńka uliczka, która lekko pnie się w górę aż do przedsionka pałacu Topkapi. Przeszliśmy ją wraz z jakąś wycieczką, a potem znaleźliśmy się w kolejnym tłumie, tym razem czekających na wejście na teren pałacowy. Już dość tych tłumów ale wszystkie one zlewały się w jeden wielki ocean ludzi. 

 

Następną atrakcją na naszej liście była Cysterna ale najpierw potrzebowaliśmy baterii do aparatu, bo jak zwykle dziwne rzeczy się z nim działy, tzn. szybko zżerał energię z baterii. Szukaliśmy ich od rana ale wreszcie jakiś stragan odszukaliśmy i musieliśmy kupić. Niestety cena była zaporowa bo aż 20TR za 4 ledwie baterie. Szczęście w nieszczęściu, że mogliśmy wziąć tylko 2 sztuki ale i tak trzeba było wyskoczyć z dychy. Cholerne zdzierstwo!

 

Cysterna Bazyliki zwana również Podziemną Cysterną jest największą z kilkuset starożytnych cystern (sztucznych zbiorników na wodę), która wciąż znajduje się pod miastem. Cysterna została wybudowana w VI wieku n.e. na rozkaz cesarza bizantyjskiego Justyniana I jako "pałac, który zapadł się pod ziemię", na miejscu bazyliki św. Eliasza zniszczonej w 532 roku podczas powstania Nika. Jej głównym zadaniem było zaopatrywanie w wodę pałacu cesarskiego w wypadku wojny, kiedy to woda z akweduktów mogła zostać odcięta lub zatruta.

 

Zbiornik jest podziemną komnatą o wymiarach 143 × 65 m, zdolną pomieścić do 80-100 000 m³ wody. Prowadzą do niego 52-stopniowe schody. Sklepienie cysterny jest podparte 336 marmurowymi kolumnami ustawionymi w 12 rzędach po 28 kolumn, wysokimi na 9 m i odległymi od siebie o 4,8 m. Kolumny zostały przeniesione z innych rozbieranych bądź zrujnowanych budowli na co wskazują: różny rodzaj marmuru z którego zostały wykonane, sposób ich obróbki i ich styl – 98 to kolumny korynckie, a pozostałe 238 reprezentują styl dorycki. Zbiornik jest otoczony ceglanym murem o grubości 4,8 m, pokrytym specjalnym rodzajem zaprawy dla odpowiedniej izolacji. Woda do cysterny była dostarczana akweduktami Bozdogan i Malovaz z odległego 19 km od miasta Lasu Belgradzkiego.

 

Jako podstawy dla dwóch kolumn w północno-zachodniej części cysterny użyto wcześniej wykutych bloków z płaskorzeźbą Meduzy. Badacze uważają, że obecność wyobrażenia Meduzy na podstawach kolumn jest czysto przypadkowa, a bloki te miały służyć wyłącznie jako podstawy kolumn. Według legendy cesarz Justynian I widząc kolumny z głową Meduzy kazał umieścić je w najdalszej części zbiornika i ustawić kapitelem w dół, by mieć pewność, że zaleje ją woda i nikt więcej ich nie zobaczy. Nie wiadomo skąd te bloki pochodzą, jednak dziś uznawane są za arcydzieła sztuki kamieniarskiej okresu rzymskiego.

 

Cysterna została wykorzystana jako plan filmowy do jednej ze scen filmu o Jamesie Bondzie, "Pozdrowienia z Rosji." Tutaj ta scena: http://youtu.be/aW1jqtCYjAA?t=1m30s

 

Znów odległość od Hagia Sofii nie była większa niż 100m więc byliśmy tam od razu. Kolejka może nie jakaś strasznie długa ale swoje trzeba było odstać. W dodatku nie można było dokładnie przeczytać tych kilku zdań, które umieścili na tablicy informacyjnej gdyż ową tablicę zawiesili przy ziemi i ludzie stojący w kolejce ją zastawiali. Po raz kolejny również zignorowano nasze zniżkowe legitymacje i chyba nie da się w Turcji z nich korzystać.

 

Gdy weszliśmy do środka, przywitał nas chłód i półmrok. Mało przyjemne miejsce choć ta gra świateł zaproponowana przez opiekunów miejsca miała swój sens. W sumie wystarczy wejść na chwilkę i rzucić okiem gdyż chodzenie po całym obiekcie nie dostarczy już żadnych wrażeń. I tak najważniejsze jest to pierwsze, reszta już jest taka sama. Oczywiście wszyscy idą dalej, po drewnianych mostkach wśród podświetlonych kolumn i obowiązkowo lecą na sam koniec obejrzeć Meduzę. My oczywiście też to zrobiliśmy ale dłużej tam nie zamierzaliśmy spędzać czasu, choć nawet tam, w tej norze, zainstalowali się jacyś handlarze.

 

Zgłodnieliśmy więc zaczęły się poszukiwania jakiegoś lokalu. Ja nadal czułem się źle. Chcieliśmy gdzieś usiąść i na spokojnie zjeść coś ciepłego. Szliśmy sobie więc ulicą oddalając się od centrum i zaglądając co jakiś czas na wystawione karty menu. Męczące jednak to było, bo ciągle nas zaczepiali naciągacze. Oferowali wspaniałe miejsca i cudowne potrawy za oszałamiająco niskie ceny. W dodatku nigdzie indziej byśmy takich nie znaleźli. Za parę metrów słyszeliśmy dokładnie to samo. A my, jak to my, nie mogliśmy się zdecydować. W końcu wylądowaliśmy w jakiejś podrzędnej knajpce. Byłem już zmęczony, chyba dopadła mnie gorączka i chciałem wreszcie w spokoju coś zjeść. Wybrałem sobie kebaba ale nie takiego w bułce, a takiego na talerzu, z ryżem. Basia wzięła spaghetti i na spokojnie, bez tłumów zjedliśmy sobie obiad.

 

Potem zdecydowaliśmy się na zakupy, a właściwie Basia się tym zajęła bo kupiła dla mnie herbatę i czosnek aby wypędzić złe moce z mojego ciała. Nie protestowałem bo to również mój ulubiony sposób na chorobę więc znaleźliśmy jakiś mini-market i zrobiliśmy stosowne zakupy.

 

Mieliśmy jeszcze trochę czasu więc postanowiliśmy przejść się do portu aby obczaić promy na jutrzejszą wycieczkę po Bosforze. Mniej więcej wiedziałem skąd wypływają te stateczki więc należało na spokojnie zorientować się w cenie i godzinie.

 

Spacer do portu zszedł nam gładko, bo cały czas szliśmy z górki. Kiedy dotarliśmy wreszcie do portu, powiało chłodnym wiatrem i usłyszeliśmy charakterystyczny pisk mew. Przed nami granica między Europą a Azją, a na niej setki stateczków, statków i ogromnych superokrętów płynących w jedną i drugą stronę.

 

Na lądzie gwar i ścisk. Turyści mieszają się z miejscowymi, ludzie idą z pracy i do pracy, naciągacze zaczepiają turystów, handlarze oferują różne ciekawe rzeczy do zjedzenia, a po wodzie bujają się różnorakie łajby. Tak to mniej więcej wyglądało.

 

Szliśmy sobie spacerkiem i natychmiast doskoczyło do nas kilku ludzi oferujących rejs po Bosforze. Nie musieliśmy więc nawet szukać konkretnej przystani, bo sami nas znaleźli. Oferowali natychmiastowy rejs za 20TR. Podpytałem o szczegóły, wyszło, że ma trwać ok 45 minut w jedną stronę. Najpierw płyniemy wzdłuż europejskiego brzegu, a wracamy wzdłuż azjatyckiego. Nawrót jest przed mostem Mehmeda, czyli tym drugim, nowszym.

 

Namawiali nas na przejażdżkę jeszcze dzisiaj, argumentował pierwszy, że on jest świetnym kapitanem i był kiedyś w Gdyni ale nie mieliśmy ochoty na rejs jeszcze dzisiaj i tylko dowiedzieliśmy się, że jutro zaczynają już od 10.00 rano.

 

Jednak im dalej szliśmy, tym więcej kapitanów nas zaczepiało i cena malała. Najpierw pojawiły się już za 17TR, za chwilę było już 15TR aż wreszcie ktoś zaproponował zaledwie 10TR. Była to niby wyjątkowa okazja bo brakowało im do kompletu kilku osób i odpływają za chwilę. Popatrzeliśmy na siebie i decyzja zapadła – płyniemy.

 

Zabrał nas ten jeden gostek do busika, a busik zawalony już na chama ludźmi. Podjechaliśmy może z 500m, wysiadka, przejście przez jakieś portowe śmietniki i wreszcie oczom naszym ukazała się stara, wysłużona łajba. Weszliśmy na pokład, było sporo miejsc do siedzenia, był barek z gorącą herbatą ale jakoś nie odpływaliśmy. Czekaliśmy może z 10 minut kiedy wreszcie zjawił się ktoś ale przyprowadził kolejną grupę naiwnych. Potem znów to samo aż wreszcie dopchali wszystkich i po upływie pół godziny mogliśmy ewentualnie wyruszyć. Myślałem, że może już być za późno, że będzie ciemno jak będziemy wracać ale zapewniano nas, że zdążymy.

 

Statek popyrkał i odpłynął od brzegu. Start nie był na Bosforze, tylko na tzw. Złotym Rogu i za chwilę, po przepłynięciu pod mostem Galata znaleźliśmy się na cieśninie Bosfor. Płynęliśmy sobie, jak zaplanowano, przy europejskim brzegu, zbliżając się do mostu. Na początku patrzeliśmy przez szybę ale Basia zorientowała się, że można jednak wchodzić na górny pokład. Wdrapaliśmy się tam po metalowej drabince ale przywitał nas, zresztą zgodnie z przewidywaniami, cholernie zimny wiatr.

 

Było kilka odważnych osób siedzących na ławeczkach, było też kilku śmiałków na środku pokładu, gdzie rozpostarty był dywan a na nim kilka wielkich poduch, na których można się było wyłożyć. Skorzystaliśmy z tego przywileju i leżąc sobie na nich i częściowo chroniąc się od wiatru, obserwowaliśmy okolicę, a głównie czekaliśmy na podpłynięcie pod Most Bosforski.

 

Most Bosforski to most drogowy nad cieśniną Bosfor, oddany do użytku w 1973, łączący dzielnice Stambułu: Ortaköy w Europie z Beylerbeyi w Azji.

 

Jego całkowita długość wynosi 1560 m, długość najdłuższego przęsła - 1074 m, szerokość - 39 m, wysokość jezdni nad powierzchnią cieśniny - 64 m, wysokość pylonów - 105 m. Leży na południe od Mostu Mehmeda Zdobywcy.

 

Zbliżaliśmy się do niego aż wreszcie wpłynęliśmy pod niego i dopiero wtedy widać jak jest ogromny i jak wysoko się znajduje. Nie było żadnego komentarza, wszystko samemu trzeba było identyfikować. Nawróciliśmy przed drugim mostem nad Bosforem i popłynęliśmy już w Azji, wzdłuż brzegu.

 

7. Most Bosforski

 

Bosfor to cieśnina łączącą Morze Czarne z Morzem Marmara, położona między Półwyspem Bałkańskim a Azją Mniejszą, oddziela Europę od Azji. Wraz z cieśniną Dardanele łączy Morze Egejskie z Morzem Czarnym. Obie cieśniny stanowią szlak morski o międzynarodowym znaczeniu. Podstawowe dane:

    * długość: ok. 30 km

    * szerokość: 0,7-3,7 km

    * głębokość: 30-120 m (w torze wodnym)

Bosfor jest zalaną dawną doliną rzeczną o stromych i skalistych brzegach. Posiada liczne zatoki – nad największą z nich – zatoką Złoty Róg, leży Stambuł. W Stambule zbudowano dwa mosty łączące brzegi Bosforu, jeden zwany Mostem Bosforskim (południowy, ukończony w 1973, długość 1074 m) i drugi – Most Mehmeda Zdobywcy (północny, ukończony w 1988, długość 1090 m). Obecnie w fazie budowy jest podwodny tunel kolejowy Marmaray mający połączyć oba brzegi cieśniny. Planuje się również budowę trzeciego mostu drogowego, wysuniętego bardziej na północ od dwóch poprzednich.

 

Bosfor kończy się przy Wieży Leandra skąd rozpoczyna się Morze Marmara. Tam też kończyła się nasza wycieczka i powoli zbliżaliśmy się najpierw do mostu Galata aż wreszcie do przystani skąd wypłynęliśmy.

 

Nie odwozili już nas tych 500. metrów. Przeszliśmy sobie spacerkiem do portu a tam wreszcie się skusiłem na coś co było serwowane bezpośrednio na ulicy – fish kebab. Świeżo złowiona ryba, włożona do suchej bułki, polana sokiem z cytryny i doprawiona cebulą. Nie było drogie a smakowało naprawdę wyśmienicie. Zapchałem się tym ale przynajmniej miałem z głowy kolację.

 

8. Fish kebab w porcie

 

Na koniec dnia postanowiliśmy przejść się raz jeszcze, tym razem wokół cypelka, czyli dzielnicy Sultanahmet aby zajść od tyłu do naszego hotelu. Mieliśmy iść wzdłuż szerokiej, dwupasmowej ulicy Kennedy'ego. Na mapie wyglądało to na ok. 3km spacer i taki być może był ale po trudach i atrakcjach dnia dzisiejszego, dał się nam we znaki. W dodatku ja byłem lekko chory, a wiatr cały czas nie pozwalał czuć się nam komfortowo. Poza tym nie znaliśmy trasy i pod koniec, już po ciemku, musieliśmy szukać właściwej drogi. Jednakże wszystko się udało i szczęśliwie dotarliśmy do hotelu.

 

Po kąpieli w dziwnej kabinie prysznicowej, przygotowałem sobie kolacyjkę w postaci czosnku i gorącej herbaty, a potem zajęliśmy się surfowaniem po necie na naszym małym komputerku. Padnięci po tym całym dzisiejszym dreptaniu, nie mieliśmy żadnych problemów aby zasnąć.

 

Zobacz video z całego dnia: http://www.youtube.com/watch?v=FL5zghssoXc

 

Dzień 2: Hotel Sur (A) – Błękitny Meczet (B) – Hagia Sofia (C) – Cysterna (D) – Port (E) – Hotel Sur (F)  8km

 

Dzień 2: Rejs po Bosforze 20km

 

 

Dzień 3 - 22 kwietnia 2011 – piątek

 

TAKSÓWKĄ MIĘDZY KONTYNENTAMI

 

Początek dnia ten sam. Zaczęło się od wyjca z meczetu o 5. rano, a potem rytuał ze śniadaniem. Ludzie się zmienili ale żadnych bliższych przyjaźni nikt nie zawierał. Chcieliśmy pojechać dziś na drugi brzeg Złotego Rogu żeby dotrzeć do placu Taksim.

 

Po wyjściu z hotelu najpierw zobaczyliśmy, że spod hotelu obok odjeżdża busik na lotnisko. Zapytaliśmy gościa jak można zamówić taki pojazd i dał nam wizytówkę i skierował do biura. Biuro znajdowało się kilka metrów dalej i wstąpiliśmy tam od razu.

 

Zastaliśmy wąsatego Turka, który jarał niesamowite ilości papierosów, z popielniczki wysypywały się pety, a jego pazury były żółte od tytoniu. Nie przestawiając palić, zapytał o co nam chodzi i umówiliśmy się na godzinę 3.10 w nocy na wtorek na dowóz na lotnisko. Dostaliśmy kwitek i zapłaciliśmy od razu po €5 od głowy.

 

Zadowoleni z transakcji poszliśmy inną uliczką obok Błękitnego Meczetu i wyszliśmy na Hipodromie. Stamtąd prosto na przystanek Sultanahmet aby wsiąść w tramwaj, bo pieszo to było zbyt daleko.

 

Zorientowaliśmy się w końcu jak działają maszyny z biletami i kupiliśmy sobie te ich żetony. System komunikacji nie przedstawia się tak całkiem prosto, bo składa się z kilku form: są tramwaje, metro, tramwaj historyczny i na mapie różnie to wygląda. W każdym razie, plan mieliśmy przygotowany i wsiedliśmy w tramwaj.

 

Przejechaliśmy obok Hagia Sofii, potem do portu, na drugi brzeg mostem Galata i daleko na ostatni przystanek. Stamtąd mieliśmy sobie przejść pieszo na plac Taksim. Jednak w czasie jazdy, gdy zbliżaliśmy się do Mostu Bosforskiego, postanowiliśmy spróbować się na niego wdrapać. Wyglądał już bardzo potężnie więc wydawało się, że to już bardzo blisko.

 

Po wyjściu z tramwaju, jakiś chłopak zwrócił nam uwagę na plecak, żebyśmy na niego uważali bo sporo przestępców tylko czyha na taka okazję. Ja jednak nic wartościowego tam nie miałem, bo przecież zawsze jestem czujny na tym punkcie.

 

Spacerkiem zaczęliśmy iść w kierunku mostu. Droga była przyjemna, szeroka zalesiona arteria, a po prawej stronie Bosfor. Mijaliśmy też ciekawe zabytki i interesujące miejsca. Najpierw minęliśmy stadion Besiktasu, bo znaleźliśmy się w dzielnicy o tej właśnie nazwie. Jest to ponoć jedna z najstarszych osad nad Bosforem. Znajdują się w niej budynki historyczne oraz dwa muzea: Beşiktaş w kompleksie Dolmabahçe oraz Muzeum Morskie. Klub piłkarski z tej dzielnicy natomiast ma spore tradycje bo aż 10 razy był mistrzem Turcji. Obecnie gra tam m.in. Guti i Simao Sambrosa.

 

9. Stadion Besiktasu

 

Zrobiłem sobie zdjęcie pod stadionem i ruszyliśmy dalej. Mijaliśmy kolejne ciekawe obiekty i zorientowaliśmy się, że most wcale się nie przybliża i chyba przeliczyliśmy się w naszych szacunkach. Zaczęliśmy rozglądać się za autobusami żeby chociaż jakoś wrócić bo marsz w obie strony już na tym etapie był wykluczony.

 

Wreszcie doszliśmy do jakiegoś rozwidlenia i trzeba było spytać kogoś jak wejść na most. Co prawda był na wysokości jakiegoś 12. czy 14. piętra ale może znają jakąś lepszą trasę. Niestety nie za bardzo rozumieli po angielsku, choć wybraliśmy młode osoby wręczające ulotki. Musieliśmy w takim razie zaufać swojemu instynktowi i wybraliśmy lewą stronę.

 

Kawałek dalej, trzeba było przysiąść na ławce i zorientować się na mapie. Basia wcześniej już zerkała na stragany ze świeżymi owocami i w końcu zdecydowała się na zakup sporej ilości truskawek. Korzystając z tego, że zajęty byłem mapą, mogła je trochę popróbować. Na mapie jednak za dużo nie dało się odczytać, bo most jest potężny i nie było zaznaczonych dróg wjazdowych innych od tej jednej, głównej.

 

Szliśmy dalej, powoli tracąc nadzieję, że coś z tego będzie. Weszliśmy w jakieś dziwne osiedle, zaczęły się jakieś fabryki czy hurtownie, droga przechodziła niestety pod mostem, jednak żadne schody nie prowadziły na most. W tej sytuacji nie było innego wyjścia jak jakoś podjechać. Zerknąłem do przewodnika aby zobaczyć jak stoją sprawy z taksówkami i wyszło mi, że nie jest aż tak źle i chyba trzeba będzie skorzystać z jednej. Ledwie kiedy odłożyłem książkę, przed nami sam zatrzymał się żółty pojazd.

 

Wsiedliśmy do taksówki, a ja przekonany, że wytłumaczenie o co mi chodzi będzie bezproblemowe, poprosiłem o zawiezienie nas na most. Facet, który wyglądał jak Robert De Niro spojrzał na mnie dziwnie i coś bąknął po turecku. Zrozumiałem, że pan nie mówił po angielsku. Nie mówił w żadnym obcym języku i dlatego mogliśmy porozumiewać się tylko po turecku. No i zaczęło się…

 

Dobrze, że miałem mapkę więc prześlabizowałem nazwę mostu w oryginale więc liczyłem, że zrozumiał, w dodatku pokazałem jeszcze na most, pod którym się znaleźliśmy i chyba skumał o co nam chodziło. Ruszył z impetem w drugą stronę. No ale trzeba było mu zaufać. Jeździł dość sprawnie wąskimi uliczkami ale jakoś tak dziwnie, w różnych kierunkach, choć wjazd na most był gdzie indziej. Jazda z nim była ciekawa bo znów mogliśmy dostrzec możliwości kierowców stambulskich. Jeżdżenie po tym mieście to jakaś masakra; sygnalizacja kierunkowskazami, zmiany pasa, wymuszanie pierwszeństwa czy prędkość to wszystko jest umowne. Jeździ się tam tak, jak inni pozwalają. Nasz kierowca również się do tego stosował.

 

Zadowoleni wreszcie kiedy wypadliśmy na drogę prowadzącą na most, usłyszeliśmy pierwsze pytania. Dotyczyły one mostu i dlaczego chcemy tam jechać. Usiłowałem mu wytłumaczyć, że potrzebujemy się dostać tylko na początek mostu, a potem chcemy sobie po prostu przejść z Europy do Azji pieszo. Bardzo go to zdziwiło, a mnie zdziwiło to, że on się zdziwił. Nie znałem słowa "pieszo" więc mu pokazałem ręcznie, że chcemy iść na co on, po chwili zadumy stwierdził: "polis, problem" i pokazał mój gest chodzenia.

 

Tym razem my zaczęliśmy dumać, co to za problem dla policji, że sobie przejdziemy. Jednocześnie nasz taksówkarz się zatrzymał na ostatecznym zjeździe na most, gdzie już ustawiały się sznury samochodów wjeżdżających na niego i powiedział, że dalej już nie pojedzie bo nie będzie mógł zawrócić. Do mostu właściwego był ogromny kawał drogi jeszcze ale najgorsze było to, że tam w ogóle nie było chodnika. Dopiero teraz dotarło do nas, że po tym moście po prostu się nie chodzi. Nie ma chodnika i ruchu pieszych.

 

Szybka decyzja, bo licznik dalej bił przecież, że jedziemy dalej taksówką na most. Pan turecki De Niro odpalił auto i wjechaliśmy na trzypasmówkę prowadzącą na most. W tym czasie zacząłem pytać o koszt takiej wycieczki łącznie z podwiezieniem na Taksim. Czyli mieliśmy jechać do Azji, tam zawrócić i dojechać jeszcze do Taksim. Wyjaśniłem mu nasz plan i stwierdził, że to wyjdzie ok. 40TR. Cena nie taka straszna więc zgodziliśmy się bez targów.

 

Spokojniejsi, choć lekko rozczarowani, wjeżdżaliśmy na most w kolumnie innych pojazdów. Sam most robi fajne wrażenie, z góry też ładnie wygląda miasto. W połowie mostu, rzeczywiście stały patrole policji i coś tam obserwowali. Chodnika naprawdę nie ma i spacer mostem jest w takim razie wykluczony.

 

10. Widok z Mostu Bosforskiego

 

Przejazd mostem był, mimo wszystko, atrakcją dla nas. Potem jednak zaczęły się problemy z drogą powrotną. Ogromna ilość samochodów chcących wjechać do Europy spowodowała korek. Na tyle poważny, że staliśmy przez dłuższą chwilę. Wykorzystaliśmy ten moment aby sobie zrobić dość ciekawe zdjęcia na tle drugiego mostu. Kiedy nasz taksówkarz zobaczył co robimy, zgasił silnik, wyszedł z samochodu, przeszedł przez barierki ochronne i sam zaproponował nam zdjęcie. Nie obchodziło go, że w tym czasie przyblokował cały ruch. Inni też nawet nie próbowali interweniować.

 

11. Bosfor od strony azjatyckiej

 

Wjeżdżając na most od strony azjatyckiej, zaczęły się dłuższe rozmowy. Oczywiście nadal po turecku. Dowiedział się skąd jesteśmy, co robimy, gdzie mieszkamy, jak długo będziemy. Nam też opowiedział gdzie był, jakie kluby zna z Polski (Lech) i komu on kibicuje (Fenerbahce). Generalnie więc porozmawiałem sobie z nim i kiedy już jechaliśmy mostem w drugą stronę zaproponował, że pokaże nam ciekawe miejsce na zrobienie zdjęcia. Ma to być niedaleko jego domu. Wytłumaczył to mówiąc: "foto" i cmokając w palce. Tak wyglądała cały czas nasza konwersacja.

 

W międzyczasie pokazał nam dzielnicę bogaczy, wymieniając m.in. Hakana Sukura, którego jednak jakoś tak inaczej wypowiedział. W każdym razie pokazywał nam domy i mówił: "one million", za chwilę "five million" i znów "five million" itd. Wyszło, że znał kilka liczebników po angielsku i to się właśnie przydało do przekazania tej informacji.

 

Kiedy zjechaliśmy z mostu nie w tę stronę, w którą było Taksim, trochę się zaniepokoiłem, że cena na pewno się zmieni. Basia w ogóle zrozumiała go, że jedziemy do niego do domu. No ale twardo jechaliśmy do tego miejsca, które chciał nam pokazać. Licznik już dawno przekroczył 40TR, a my oddalaliśmy się od Taksimu.

 

Kręcił po swojej dzielnicy, pokazał nam swój dom i wreszcie zaparkował obok jakiegoś placu zabaw. Wysiedliśmy i poszliśmy za nim. Wreszcie wskazał nam urwisko z którego widać było Most Mehmeta. Szału nie robiło to miejsce jakiegoś gigantycznego ale rzeczywiście było dość fajne. Popstrykaliśmy sobie zdjęć i mogliśmy wracać.

 

12. Most Mehmeta

 

W drodze powrotnej przejeżdżaliśmy niedaleko zamku, a potem wzdłuż brzegu Bosforu, dosłownie tuż nad wodą. Ciekawa przejażdżka. Wreszcie zauważyliśmy stadion Besiktasu więc już wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i po chwili byliśmy już na placu Taksim. Zatrzymał auto, powiedział: "Taksim" i byliśmy wolni. Zerknąłem na licznik a tam 62TR. Spytałem grzecznie czy naprawdę mamy tyle zapłacić, a on powiedział, że 50TR wystarczy. Dałem mu więc pięćdziesiątkę i w sumie oboje byliśmy zadowoleni. Wycieczka taksówką po Stambule zakończona.

 

Znaleźliśmy się sami na placu Taksim. To duży plac, pełen ludzi, samochodów i z umieszczonym na środku pomnikiem. Dojeżdża tu też ten śmieszny historyczny tramwaj. My jednak chcieliśmy coś zjeść bo trochę już minęło czasu od naszego śniadania. Nie było czasu grymasić więc poszliśmy do Burger Kinga. Tłok tam spory ale wzięliśmy po zestawie i jakoś znaleźliśmy miejsca siedzące. Nadal nie czułem się w 100% sprawny.

 

Po napełnieniu żołądków plan był taki aby odnaleźć gdzieś tutaj muzeum Adama Mickiewicza. Nie mieliśmy dokładnego adresu, wiedzieliśmy tylko, że znajduje się gdzieś w pobliżu placu Taksim. Liczyliśmy na jakąś wskazówkę ale na próżno szukaliśmy. Trzeba było się kogoś zapytać.

 

Obeszliśmy cały plac i natrafiliśmy na znak "informacja turystyczna" ale nie mogliśmy znaleźć tego miejsca. Stał tam tylko rząd bankomatów, z których nota bene musieliśmy skorzystać ale samej informacji nie mogliśmy znaleźć. Wreszcie Basia nie wytrzymała i zapytała jakiegoś żula ale to był zły pomysł bo miejscowy nie wiedział co się dzieje i nie udzielił nam odpowiedzi. Dopiero kiedy odeszliśmy na moment, zauważyliśmy, że ten żul siedział pod budką z biletami, która jednocześnie była informacją turystyczną.

 

Dopchaliśmy się więc do okienka, prawie pewni, że za chwile udzielą nam odpowiedzi ale srogo się zawiedliśmy bo o niczym takim jak to muzeum nigdy nie słyszeli. Bardzo rozczarowani daliśmy sobie spokój i wymyśliliśmy, że sprawdzimy w necie dokładny adres i jeszcze tu wrócimy.

 

Tymczasem postanowiliśmy przejść się brukowaną uliczką aż do portu. Droga wiedzie deptakiem wolnym od samochodów, przez środek którego biegnie ta historyczna linia tramwajowa. Po obu stronach ulicy mieszczą się nowoczesne sklepy i kawiarnie, a cała ulica jest wypełniona po brzegi głowami przechodniów. Ruszyliśmy w dół ku portowi.

 

Nie jest to długa uliczka, a po drodze można dojrzeć jeszcze jakieś fajne miejsca. Jednym z takich miejsc była cukiernia. Basia już od dawna czaiła się na zakup jakichś miejscowych frykasów bo tureckie rachatłukum jest naprawdę słynne. Mijaliśmy wiele cukierni i wreszcie wstąpiliśmy do jednej aby spróbować tego cukierka.

 

Rachatłukum to smakołyk, zwykle o smaku owocowym i konsystencji galaretki, wyrabiany ze skrobi pszennej lub mąki ziemniaczanej oraz cukru. Zamiast cukru pierwotnie używano miodu, a obecnie często stosuje się wiórki kokosowe. Rachatłukum jest podawany w postaci kostek oprószonych cukrem pudrem.

 

Kiedy wreszcie spróbowałem tego byłem mocno rozczarowany. Wygląda to naprawdę wyśmienicie jednak smakuje gorzej niż przeciętnie. Zwykła galaretka-mordoklejka posypana cukrem. Słodkie, gumowe i denerwujące. Basi chyba też nie podeszło.

 

Następnym punktem na naszej trasie była boczna uliczka o nazwie Cicek Pazaji, co po turecku znaczy "aleja kwiatów". Podobno tutaj kiedyś rosyjscy imigranci sprzedawali kwiaty, a obecnie to wąska uliczka gdzie można obkupić się w różnorakie owoce morza. To zwykły targ rybny ale pomimo nieciekawych zapachów, widok naprawdę jest niesamowity bo nie tylko oferują ryby ale również inne stworzenia żyjące w morzu.

 

13. Targ rybny na Cicek Pazaji

 

Są tu również jeszcze mniejsze uliczki i na nich można przycupnąć w jednym z wielu restauracyjek aby napić się kawy czy piwa. Tak też w końcu zadecydowaliśmy bo oczywiście maltretowali nas ciągle zaganiacze. Było nadal dość chłodno więc Basia odnalazła taką kawiarenkę, gdzie wystawiono ogrzewacze gazowe i mimo chłodu, można było siedzieć na zewnątrz w cieple.

 

Basia wzięła kawę, ja wybrałem jedyne chyba dostępne w Turcji piwo – Efes. Efes (http://www.efespilsen.com.tr/) jest marką piwa typu lager produkowanego i sprzedawanego w Turcji, Rosji, Kazachstanie, Mołdawii, Gruzji i Serbii.

 

Piwo produkowane jest przez założony w 1969 roku Efes Breweries International N.V. z siedzibą główną w Holandii i wchodzi w skład holdingu Anadolu Efes Biracılık ve Malt Sanayii A.Ş. w Stambule. Holding, w skrócie zwany Anadolu Efes, kontrolowany jest przez tureckie rodziny oligarchów.

 

Nie był to zbyt mądry wybór bo przecież zapomniałem, że jestem trochę przeziębiony i słaby. No ale to kwestia przyzwyczajenia, że trzeba spróbować jakiegoś lokalnego piwa. Siedzieliśmy więc sobie na zewnątrz obserwując zaganiaczy, którzy polowali na zbłąkanych turystów. Ruch bardzo kiepski, 95% stolików było wolnych, głównie chyba przez pogodę.

 

Po wypiciu i uregulowaniu rachunku na 7TR, ruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy znów zboczyć z tej brukowanej ulicy zwanej Istiklal Caddesi co oznacza "aleja niepodległości". Minęliśmy plac o znajomej mi nazwie Galatasaray, a potem znów hyc w prawo aby obejrzeć hotel. Oczywiście hotel jest specjalny bo gościł pewne osobistości. Wybudowany w 1892 roku o nazwie Pera Palas był zbudowany dla gości kultowego pociągu Orient Express. Oprócz gości pociągu oraz znanych polityków, w hotelu nocowali: król Edward VIII, królowa Elżbieta II, Cesarz Franciszek Józef, oraz Alfred Hitchcock, Ernest Hemingway, Greta Garbo, Pierre Loti i Jacqueline Kennedy Onassis. Najważniejszym gościem jednak była chyba Agata Christie, która przebywała w pokoju 411 i napisała tutaj jedną ze swych słynnych pozycji: "Morderstwo w Orient Expressie".

 

My nie wchodziliśmy do środka, no bo obecnie to nadal jest hotel więc tylko obejrzeliśmy go z zewnątrz. Można powiedzieć, że nic specjalnego bo ani jakiś przesadnie ładny ale słynny i chyba dlatego warto zboczyć te kilkadziesiąt metrów w bok aby go zobaczyć.

 

Po powrocie na główną aleję, spotkaliśmy po drodze ciekawie brzmiący zespół uliczny. Zaintrygowała nas muzyka, bo naprawdę ciekawie grali. Taki turecki krautrock z naciskiem na turecki. Nazywają się Alatav i mają swoją stronę http://alatav.com/. Zatrzymaliśmy się na dłużej aby ich posłuchać. Nie my jedni bo zebrała się spora grupka ludzi.

 

A my dalej w drogę. Zaczęła się aleja sklepów muzycznych. Mijaliśmy całe mnóstwo witryn z różnymi instrumentami. Niestety zepsuła się nawierzchnia i szliśmy obecnie po rozwalonym chodniku, uważając cały czas aby nie wpaść do głębokiego wykopu znajdującego się pośrodku ulicy.

 

Po drodze minęliśmy kolejną atrakcję w naszym planie Mevlevi Tekkesi czyli miejsce gdzie można zobaczyć prawdziwych derwiszy. Wirujący derwisze to zakon muzułmański powstały w XIII wieku w Turcji. Inspiracją do powstania zakonu była mistyczna poezja Rumiego, (zm. w 1273 r. w Konyi). Charakterystyczną cechą uczestników tego zakonu jest medytacja w ruchu w postaci szeregu figur "tanecznych", z których najbardziej widowiskowym jest umiejętność szybkiego wirowania (stąd nazwa). Klasztor jednak był zamknięty z powodu remontu.

 

No to schodzimy niżej aż do przedostatniej dziś atrakcji. To jeden z najwyżej położonych obiektów i kiedy się pod nim znaleźliśmy Basia nieśmiało spytała czy my tam wchodzimy. "Oczywiście, że tak" – odparłem i już ustawieni byliśmy w kolejce na górę. A staliśmy pod wieżą Galata.

 

Wieża Galata (http://www.galatatower.net/english/) wznosi się w Stambule, na północ od Złotego Rogu, w dzielnicy Galata. Została zbudowana w 1384 jako część fortyfikacji ówczesnej kolonii Genui i była jej najwyższym punktem (wieża ma wysokość 63 m). W czasach Imperium osmańskiego w wieży stacjonował oddział janczarów. W XVI w. znajdowało się tu więzienie. Po pożarze w 1794 wieżę odrestaurowano. Do 1964 z wieży wypatrywano pożarów, następnie wieżę zamknięto, odrestaurowano i w 1967 roku otworzono ją dla zwiedzających. Obecnie znajdują się tutaj: klub, restauracja, sklep z pamiątkami oraz punkt widokowy.

 

14. Wieża Galata

 

Kolejka była dość spora ale mieliśmy nadzieje, że jakoś szybko się uwiniemy. Nie posuwała się jednak zbyt prędko i musieliśmy swoje odstać. Umilał nam czas pewien pan, który usiłował stojącym sprzedać specjalne motylo-samolociki, które miały być kopią pewnej maszyny, dzięki której komuś się udało z wieży wydostać i polecieć do Azji. Taką historyjkę sprzedawał wraz z tą miniaturką.

 

Przed nami stała grupka Niemców i nawet nie warto o tym wspominać jednak trzeba odnotować, że w pewnym momencie jeden z tych Szwabów najzwyczajniej w świecie sobie pierdnął i udawał, że nic się nie stało i że nie wie, że wszyscy to słyszeli.

 

Było zimno i wietrznie, wymarzliśmy w tej kolejce i wreszcie zrobiło się ciepło kiedy weszliśmy do wieży. Biletów ulgowych tradycyjnie nie ma więc kupiliśmy zwykłe po 11TR i windą wjechaliśmy na punkt widokowy.

 

Nie zauważyliśmy strzałki, kierującej w odpowiednią stronę i szliśmy uparcie pod prąd wkurzając innych ludzi. Ale widoki wynagradzały nam niepochlebne opinie na nasz temat. Co prawda było pochmurno i zapewne w słoneczny dzień byłoby dużo piękniej ale i tak mogliśmy być zadowoleni z pięknej panoramy miasta. Już pewne obiekty potrafiliśmy zidentyfikować, tym bardziej nam się podobało. Niestety trochę przemarzliśmy bo wiatr hulał tam na całego.

 

15. Widok na miasto z Wieży Galata

 

Po zejściu na dół pozostała nam ostatnia ciekawa rzecz do zobaczenia wg przewodnika. Musieliśmy odnaleźć jakieś słynne kręte schody. W tym celu trzeba było odbić z trasy i zapuścić się w wąskie uliczki gdzieś koło wieży. Nie było to daleko więc dość szybko je odnaleźliśmy jednak nie było warto bo to naprawdę mocno przereklamowana sprawa. To XIX wieczne schody wiodące do rezydencji żydowskiego bankiera z rodziny Kamondów. Być może jedyną atrakcją samych schodów jest fakt, że się odróżniają od pozostałych schodów w tym rejonie.

 

Plan zrealizowany na dziś. Możemy wracać do domu. Doszliśmy do portu ale postanowiliśmy wracać tramwajem. Złapaliśmy go dość szybko i zawiózł nas dalej niż nasz przystanek na Sultanahmet a to dlatego, że chcieliśmy jeszcze coś przekąsić niedaleko domu. Wreszcie chciałem zjeść prawdziwego tureckiego donera i dlatego ruszyliśmy w górę w poszukiwaniu jakiejś zwykłej budy z kebebami.

 

Po pewnym czasie, unikając droższych knajp, złapał nas przesympatyczny gość, który naganiał klientów z ogromną planszą i narysowanymi tam specjałami. Wybraliśmy sobie zwykłe jedzonko plus dodatkowo gorącą herbatkę dla mnie w tych ich śmiesznych szklankach. To był strzał w dziesiątkę. Jedzenie było tanie, dobre, ciepłe a herbata naprawdę dobra i gorąca, co pozwoliło mi się porządnie rozgrzać bo nadal przecież odczuwałem dyskomfort.

 

Najedzeni i zadowoleni z przebiegu dnia mogliśmy spokojnie wracać do hotelu. Dokładnie już wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i spacerkiem mieliśmy za chwilę być już w hotelu. Jednak przechodząc po Hipodromie, olśniła nas aura Błękitnego Meczetu, który prezentował się wśród tych wszystkich świateł równie korzystnie, co za dnia. Basia wpadła na super pomysł aby przespacerować się do niego raz jeszcze bo zapewne o tej porze będzie pusty. I tak właśnie było! Weszliśmy na prawie pusty dziedziniec, a potem do środka. Jakże inna była to wizyta w porównaniu do tej wczorajszej za dnia. Przede wszystkim cisza i wielka przestrzeń. Dopiero teraz można było dostrzec jego ogrom i piękno. Posiedzieliśmy chwilkę zanim wyszliśmy na zewnątrz aby odkryć krany do obmywania nóg.

 

16. Błękitny Meczet nocą

 

 

17. Błękitny Meczet nocą - wewnątrz

 

Zeszliśmy do hotelu inną drogą, było trochę ciemno bo w pewnych miejscach było nieoświetlone ale generalnie w miarę szybko znaleźliśmy się pod drzwiami hotelu. To przecież zaledwie kilka minut drogi.

 

Zobacz video z całego dnia: http://www.youtube.com/watch?v=AYBm5ccr4Ik

 

 

Dzień 3: Hotel Sur (A) – Stacja Katabas (B) – TAXI (C) – Azja (D) – Punkt widokowy (E)

 – Taksim (F) – Wieża Galata (G) – Hotel Sur (A)  49km

 

 

Dzień 4 - 23 kwietnia 2011 – sobota

 

CZYŚCIUTKIE BUCIKI

 

 

Po rozbudzeniu, śniadanie na werandzie i obmyślanie planu na dzisiaj. Postanowiliśmy pójść do słynnego pałacu Topkapi. Wiedzieliśmy, że zejdzie nam tam sporo czasu, bo jest co oglądać oraz sporo ludzi zapewne się szykuje do tego samego.

 

Poszliśmy inną drogą bo już wiedzieliśmy gdzie się to znajduje ale przy okazji potrzebowaliśmy znów wypłacić pieniądze z bankomatu. Mieliśmy komfort bo nasz bank w Polsce nie pobiera żadnych opłat za wypłaty z bankomatów na całym świecie. Ale problemem było znaleźć w ogóle jakiś bankomat.

 

Gdy zbliżaliśmy się do pałacu, mijały nas jeden po drugim ogromne autokary oraz busy i samochody prywatne. Natknęliśmy się nawet na grupę kolarzy. Były knajpki, biura turystyczne i sklepy ale żadnego bankomatu.

 

Wreszcie dotarliśmy do pałacu ale nadal byliśmy bez pieniędzy. Weszliśmy przez bramę, ludzi sporo już zgromadzonych w kolejkach i trzeba było podjąć decyzję co robimy. Ustaliliśmy, że Basia stanie już w kolejce, a ja pobiegnę na Sultanahmet po pieniądze. Zostawiłem ją więc i ruszyłem przez te wszystkie tłumy. Miałem nadzieję, że znajdę jakiś w pobliżu Hagia Sofii ale oprócz tysięcy ludzi, nic nie wskazywało, że będzie jakiś bankomat. Musiałem iść w górę aż do miejsca gdzie wczoraj jedliśmy kolację. Naprawdę spory kawałek.

 

Udało się wreszcie wypłacić i ruszyłem w drogę powrotną. Znów musiałem się przebijać przez tłumy turystów aż wreszcie dotarłem do bramy pałacowej. Minąłem strażnika pod bronią i w tej chwili dostałem SMSa od Basi, że już się niepokoi. Ale szybko ją odnalazłem i zbliżała się nasza kolej zakupu dość drogich biletów (20TR).

 

Kiedy już mieliśmy bilety, musieliśmy się ustawić do kolejnej kolejki aby można było wejść na teren pałacu. Tam do każdego budynku znów kolejka itd. Miliony ludzi kręcących się po całym obiekcie. Bardzo źle to wyglądało.

 

Pałac Topkapi (http://www.topkapisarayi.gov.tr/) to pałac w centrum Stambułu, który był rezydencją sułtanów przez ponad 380 lat, od 1453 roku. Budowę rozpoczęto za panowania sułtana Mehmeta II Zdobywcy w 1453 roku, zaraz po zdobyciu Konstantynopola, a zakończono w 1465 roku. Ostatnim używającym pałacu sułtanem był Mahmud II (do 1839 roku). Sułtan Abdulmecid I przeniósł siedzibę władców do pałacu Dolmabahçe.

 

Topkapı przebudowywano w kolejnych wiekach, ale jego podstawowy, czterodziedzińcowy układ został zachowany. Osmanowie przejęli od bizantyjskich władców zwyczaj oddzielania władcy od ludu, trzeci (najbardziej wewnętrzny) tylko dla władcy i upoważnionej służby (białych eunuchów). Na tym dziedzińcu znajduje się dawny Aya Irini Kilisesi czyli kościół Bożego Pokoju, obecnie sala koncertowa.

 

W Sali Tronowej przechowuje się relikwie muzułmańskie. Na uwagę zasługują: płaszcz proroka Mahometa, 2 z 9 mieczy Mahometa oraz jego łuk. Jest tu również list Mahometa adresowany do Mukaukasa, przywódcy Koptów, wzywający go do przyjęcia islamu, który przypadkiem odkryli w Egipcie Francuzi w 1850 a rząd Francji przekazał go muzeum Topkapı. List spisany jest na pergaminie. Poza tym przechowuje się tu miecze pierwszych kalifów. Należy wspomnieć domniemaną pieczęć Mahometa odkrytą w połowie XIX wieku w Bagdadzie, kawałek zęba proroka, ukruszonego w czasie bitwy z mekkańczykami pod Uhud (625), przechowywany w kasetce ze złota inkrustowanej kamieniami szlachetnymi, wykonanej na zamówienie sułtana Mehmeta IV, 60 włosów z brody, przechowywane w 24 kasetkach inkrustowanych złotem i macicą perłową, jeden z 6 odcisków stopy oraz inne.

 

Jest też Harem, czyli prywatne komnaty sułtana ale wejście dodatkowo płatne więc zmęczeni tymi ciągłymi kolejkami odpuściliśmy sobie tę część. Nasze wrażenia były mieszane. Z jednej strony warto wejść i zobaczyć te ciekawostki bo w Europie trudno odszukać coś podobnego, z drugiej strony jest to po jakimś czasie dość nużące, a te przeogromne kolejki tylko potęgują to uczucie. Na całe szczęście pogoda była w porządku, bo nie wyobrażam sobie tutaj przebywania w lipcu.

 

18. Pałac Topkapi

 

Zwiedziliśmy prawie wszystko, część rzeczy naprawdę interesująca, niektóre śmieszne (włosy z brody Mahometa) ale naprawdę zmęczyło nas to stanie w długich kolejkach. Potem już ogląda się wszystko mechanicznie, nie wiedząc co się tak naprawdę ogląda. Przed wyjściem z pałacu, wstąpiliśmy tylko jeszcze na wystawę kwiatów ale była to wystawa rycin, a nie żywych kwiatów.

 

Spędziliśmy w Topkapi kilka godzin ale było nadal całkiem wcześnie więc postanowiliśmy pojechać trochę dalej i odszukać pozostałości po murach obronnych miasta. Musieliśmy wsiąść do tramwaju i pojechać, tym razem, w drugą stronę niż zwykle. Wyszło mi, że powinniśmy wysiąść na przystanku Pazar-Tekke i stamtąd już blisko do murów.

 

W całym mieście mnóstwo flag tureckich bo przecież to okres dumy narodowej ze względu na ANZAC, czyli upamiętnienie krwawych bitew w Gallipoli w czasie I Wojny Światowej. Dla Turcji to dni chwały dlatego pełno flag powiewa na budynkach, masztach i samochodach.

 

Po wyjściu na przystanku, przeszliśmy na prawą stronę i od razu zauważyliśmy resztki murów. Kiedy podeszliśmy bliżej okazało się, że ciągną się daleko, prawdopodobnie aż do Złotego Rogu. W tym momencie Basia już była na tyle zmęczona, że coraz częściej okazywała swoje zgnuśnienie.

 

Znaleźliśmy się w miejscu gdzie wzdłuż murów były ciekawe knajpki, w jednej z których odbywało się akurat wesele. Podejrzeliśmy sobie tańce narodowe i wyszynk i przeszliśmy dalej. Znaleźliśmy furtkę, która zaprowadziła nas na mury od drugiej strony. Tam mieli miejsce też właściciele owych knajpek, bo przygotowane były stosy plastikowych krzeseł, z których skorzystaliśmy aby trochę odpocząć.

 

19. Mury miejskie

 

Z murów rozpościerał się widok na nowszą część miasta ale na próżno szukać końca aglomeracji, która wg szacunków może mieć nawet 15 milionów mieszkańców. Podobno ciągle nowi przybysze osiedlają się w mieście i dlatego granice ciągle się przesuwają.

 

Po odpoczynku udało się nam wdrapać na samą górę, na mury i wtedy mogliśmy zerknąć również na wschodnią część czyli stare miasto. Na horyzoncie wystawały tylko setki minaretów i ogromne flagi tureckie powiewające na wysokich masztach. Z góry dostrzegliśmy też niedaleko kilka budek z kebabami i tam się skierowaliśmy aby wreszcie się posilić.

 

Ciężko było się wydostać z tego labiryntu murów i niestety musieliśmy wracać się do tej jedynej otwartej furtki. Przeszliśmy wzdłuż kawiarenek upstrzonych kolorowymi tulipanami i wyszliśmy w pobliżu tych tanich budek z kebabami. Od razu zaczęli na nas machać i do jednej z nich wstąpiliśmy. Obsługiwał nas bardzo śmieszny kelner. Kiedy dowiedział się, że jesteśmy z Polski pochwalił się, że zna Olisadebe. Też sobie wybrał Polaka…

 

Zjedliśmy jakieś podrzędne danie, wypiliśmy herbatkę i jeszcze zdążyliśmy się upewnić, że dobrze idziemy. Chcieliśmy bowiem dotrzeć do Złotego Rogu aby zaliczyć jeszcze kilka rzeczy po drodze. Kelner zasugerował nam spacer wzdłuż murów.

 

Droga była już nieturystyczna więc spotykaliśmy raczej miejscowych. Mijaliśmy kolejne drogi i cały czas resztki murów. Na kolejnych szczątkach chcieliśmy sobie zrobić zdjęcie ale w momencie kiedy przymierzałem się do zrobienia, aparat wyłączał się i doprowadzało mnie to do szewskiej pasji. Nie udało się zrobić takiego zdjęcia jakie Basia sobie wymyśliła mieć. Trzeba było znów kupić baterie.

 

Posługiwaliśmy się kiepskiej jakości planem miasta, który jednak jakoś nas prowadził. Zadecydowałem, że skręcimy teraz w bramę i spróbujemy się przebić do Złotego Rogu aby wyjść w pobliżu "Bułgara". Tak zaczęliśmy nazywać ciekawą cerkiew bułgarską, którą ponoć postawiono w tydzień. Tam mieliśmy dojść ale to jeszcze kawałek.

 

Po przejściu przez bramę znaleźliśmy się w centrum jakiejś dzielnicy i trzeba było ostrożnie się kierować aby się nie zgubić. Kiedy doszliśmy do jakiejś ruchliwszej drogi, podszedł do nas pewien dziadek, którego już wcześniej widzieliśmy i zaczął nam pokazywać gdzie mamy iść. Kierował nas w dół, jedną z kilku możliwych dróg. Nie można było z nim się dogadać ale był bardzo zaabsorbowany tą sytuacją i wręcz było głupio go nie posłuchać.

 

Kiedy schodziliśmy ostro w dół, drogą którą nam wskazał, po pewnym czasie odnaleźliśmy się w jakimś ważnym i ciekawym miejscu ponieważ było tam sporo turystów. Nie mogłem zidentyfikować tego miejsca lecz naprawdę musiał to być jakiś poważny zabytek bo ogromna liczba ludzi się tam znajdowała. Dopiero potem wyszło mi, że musi to być Kościół Zbawiciela na Chórze.

 

Nie mieliśmy ani czasu ani ochoty oglądać tego kościoła więc spróbowaliśmy dalej podążać w dół ku morzu. Mijaliśmy biedne zaułki, czasem czując się dość nieswojo ale nikt nawet nie spróbował konfrontować się z nami w żaden sposób. To my musieliśmy pytać aby dobrze iść w kierunku "Bułgara". Ludzie kierowali nas różnie ale generalnie trzymaliśmy kierunek i po całkiem długiej podróży wreszcie wyszliśmy na drogę za którą był już Złoty Róg.

 

Złoty Róg to wąska, głęboko wcięta zatoka Bosforu ograniczająca od północy starożytny Konstantynopol i oddzielająca go od położonej na północnym brzegu Galaty. Brzegi Złotego Rogu spinają obecnie trzy mosty: Most Galata (zbudowany w 1836), most Atatürka i most Haliç.

 

My wylądowaliśmy daleko za mostem Galata i planowaliśmy sobie pójść tuż nad wodą aż dojdziemy do portu. Najpierw jednak chcieliśmy skonsumować truskawki, które Basia zakupiła po drodze od jakiegoś straganiarza. Usiedliśmy sobie na ławeczce obok Orlika, gdzie jakieś chłopaki grali swoje profesjonalne mecze. Zadziwił nas jeden bardzo charakterystyczny, bo był… rudy. Zdecydowanie wyróżniał się pośród pozostałych.

 

Po tym krótkim odpoczynku, mogliśmy spróbować iść w kierunku "Bułgara". Droga była asfaltowa, płaska i szło się tuż nad wodą Złotego Rogu, po którym pływały sobie kaczuszki. Pogoda nie rozpieszczała ale tak jakby się trochę poprawiła i nawet nie było tak zimno.

 

"Bułgara" zlokalizowaliśmy dość dawno, już siedząc przy Orliku, ale teraz mogliśmy dokładnie mu się przyjrzeć. Chcieliśmy go zobaczyć ze względu na opis w przewodniku, który okazał się totalną bzdurą! Informował on w opisie, iż kościół ten został zbudowany w tydzień i że jest to rekord świata. Skąd takie informacje trudno powiedzieć ale jest to nauczka, że trzeba pewne informacje weryfikować.

 

Kościół Świętego Stefana zwany również Kościołem Bułgarskim znajduje się nad Złotym Rogiem w dzielnicy Balat. Należy do Bułgarskiej Cerkwi Prawosławnej.

 

Na początku w tym miejscu znajdował się mały drewniany kościół. Po jego pożarze bułgarscy chrześcijanie uzyskali 25 czerwca 1890 zgodę sułtana na zbudowanie nowej świątyni. Z inicjatywy Józefa Pierwszego 27 kwietnia 1892 położono kamień węgielny pod budowę nowej świątyni. Wybrany ormiański architekt Hovsep Aznavor ze względu na słabe podłoże zdecydował się na lekką konstrukcję stalowo-żeliwna po odrzuceniu konstrukcji żelbetowej. Po ogłoszeniu międzynarodowego przetargu, poszczególne elementy, o wadze 500 ton zostały dostarczone w latach 1893 do 1896 przez firmę Rudolph Philipp Waagner z Wiednia. Wysłano je barkami przez Dunaj i Morze Czarne. Po półtorarocznej budowie świątynia została poświęcona 8 września 1898.

 

I tak z tygodnia zrobiło się prawdziwe półtora roku ale kościół stoi choć jest bardzo zaniedbany. Nie wchodziliśmy do środka bo chyba nawet się nie dało. Brama wyglądała na zamkniętą, dookoła chaszcze i jakieś bachory biegające po podwórku. Gdyby był utrzymywany w należytym porządku, to byłaby to całkiem fajna atrakcja bo kościół jest inny od pozostałych.

 

20. Kościół Bułgarski

 

Nie zdążyliśmy się oddalić zanadto od niego kiedy wyprzedził nas jeden z popularnych w mieście pucybutów. Sporo ich widzieliśmy ale nigdy oczywiście z ich usług nie korzystaliśmy. Idąc tak przed nami, niespodziewanie wypadła mu jedna z tych jego szczotek, którymi dysponował. Chcąc być uprzejmym, podniosłem ją i krzyknąłem na niego aby mu ją oddać. Gdy się zorientował, podbiegł i naprawdę wylewnie dziękując pragnął w jakiś sposób wynagrodzić mi tę przysługę. Cały czas powtarzał łamaną angielszczyzną, że złamię mu serce jeśli nie poddam się rytuałowi czyszczenia butów. Odmawiałem mu bo naprawdę nie miałem ochoty na takie przedstawienia ale on tak bardzo nalegał i już ustawił swój sprzęt i ciągnął mnie za nogawki.

 

Basia miała ubaw i od razu sięgnęła po aparat i kamerę aby uwiecznić ten moment. Śmialiśmy się z tego ale nawet nie zauważyliśmy, że zjawił się jakiś drugi gościu i zabrał się za czyszczenie butów Basi. Trochę nam to nie pasowało ale powiedziałem żeby Basia przygotowała jakieś drobne żeby im mimo wszystko dać. Co prawda, to on był wdzięczny za pomoc ale doszedłem do wniosku, że powinniśmy im odpalić po 1TR za trud.

 

Kiedy skończyli i Basia podała mi swój portfel bo miała drobne usłyszałem od niego coś, co zwaliło mnie z nóg. Gościu rzekł: "Normal price 8 liras, for you special price 5 liras". Facet bezczelnie zażądał 5TR i dodał, że interesują go raczej papierkowe pieniądze. Wkurzony dałem im na spółę 7TR ale czar sympatycznych i biednych gości znikł natychmiast. Oni też nie byli zadowoleni, że zamiast 10TR dostali tylko 7TR.

 

Krew mnie zalała minutę później kiedy oba te typki wykonali ten sam numer po drugiej stronie ulicy. Wyprzedzili dwie dziewczyny i specjalnie upuścił szczotkę licząc, że jedna z nich podniesie ją. Dziewczyny jednakże wykazały trochę więcej oleju w głowie niż ja i olały perfidnych naciągaczy. Gdy się zorientowali, że nie chwyciły przynęty, wrócił po szczotkę sam i szukał kolejnych naiwnych.

 

21. Oszust

 

Przez następne pół godziny tylko wyzywaliśmy na nich i przede wszystkim na siebie. Strasznie byliśmy wściekli, że tak daliśmy się sfrajerować. Nie mogliśmy oboje się z tym pogodzić i niechby jakiś czyściciel spróbował teraz do nas nawet zbliżyć się. Oj, krucho by miał.

 

Byliśmy już naprawdę wykończeni tym bardzo długim spacerem. Zaczynało się lekko ściemniać, Basia ledwie powłóczyła nogami i dopadliśmy w końcu wolnej ławki na dworcu autobusowym. Basia musiała odpocząć bo już odmawiała dalszego marszu.

 

Siedząc tak, obserwowaliśmy zwykłych mieszkańców, którzy czekali na swój autobus zapewne aby gdzieś wrócić do domów z pracy. Przewijali się różni ludzie a naszą uwagę zwróciła dziwna para. Dziadek ok. 70-letni i jakaś może 13, 14-latka z niemowlęciem. Oboje odpalali jednego papierosa za drugim i zastanawialiśmy się, czy to jej dziadek, ojciec czy może partner. Nie zdziwilibyśmy się gdyby ten niemowlak był ich wspólnym dziełem. Patologia aż kłuła w oczy.

 

Po dotarciu do portu musieliśmy znów odpocząć. Znaleźliśmy jakąś kafejkę i Basia zamówiła sobie kawę po turecku, a ja czaj czyli ich pyszną herbatkę w śmiesznych szklankach. Basia zadziwiła całą obsługę bo chciała z mlekiem. Zdziwili się bardzo, bo kawę po turecku podaje się w specjalnym dzbanuszku i raczej bez mleka, a z wodą. Tzn wodę podają osobno. Przynieśli nam więc to, co zamówiliśmy a Basia jeszcze skubała sobie obwarzanka, którego kupiła w porcie. Dziwnie więc wyglądaliśmy robiąc niepopularne rzeczy.

 

Po tym chwilowym odpoczynku, chłopcy z obsługi poprosili jeszcze o zdjęcie i mogliśmy udać się na naszą dzielnicę i marzyliśmy już o solidnym odpoczynku. Teraz tylko dotrzeć do hotelu. Na szczęście wiedzieliśmy już jak się poruszać po mieście tramwajem i dlatego skorzystaliśmy z jego dobrodziejstwa. Potem na skuśkę przez Hipodrom i wreszcie zameldowaliśmy się w recepcji. Dzień zakończony.

 

Zobacz video z całego dnia: http://www.youtube.com/watch?v=Pr_29IL-jm8

 

 

Dzień 4: Hotel Sur (A) – Topkapi (B) – Stacja Pazar-Tekke (C) – Mury (D) – Kościół Bułgarski (E)

 – Port (F) – Hotel Sur (G)  14km

 

 

 

Dzień 5 - 24 kwietnia 2011 – niedziela

 

ŚLADAMI WIESZCZA

 

Po rytualnym już początku dnia, czyli śniadaniu na balkonie, wyruszyliśmy w kierunku przystanku Sultanahmet żeby skorzystać z tramwaju. Podjechaliśmy sobie tramwajem do portu, potem pieszo pod wieżę Galata i doszliśmy do miejsca skąd wyrusza historyczny tramwaj. Choć zebrało się sporo turystów chcących się przejechać tym tramwajem, nie było żadnego rozkładu i zastanawialiśmy się czy dzisiaj w ogóle jest na chodzie.

 

Po ponad półgodzinnym oczekiwaniu, ruszyliśmy w górę z buta ale właśnie wtedy pojawił się na horyzoncie. Biegiem wróciliśmy na przystanek oznajmiając sfrustrowanym turystom o tej wspaniałej nowinie.

 

22. Zabytkowy tramwaj

 

Przejazd okazał się bardzo drogi, bo za te kilkaset metrów żądają 3TR. My jednak wysiedliśmy w połowie, czyli na Galatasaray. Stamtąd, znanym już nam przesmykiem Cicek Pazaji wśród wystawionych owoców morza, przebiliśmy się do wielkiej dwupasmowej trasy. Przeszliśmy ją i znaleźliśmy się w mało ciekawej dzielnicy.

 

Slumsy i cygańskie dzieciaki biegające po ulicach nie wróżyły miłej wędrówki ale oprócz brudu i nieciekawych widoków, nic się nie działo niepokojącego. Idąc cały czas w dół, doszliśmy do sporego targowiska, na którym wreszcie dostrzegliśmy pierwszy drogowskaz do muzeum Mickiewicza. Po mapce dobrze trafiliśmy ale wśród tych wąskich i mało atrakcyjnych uliczek, łatwo można się zgubić.

 

Przebiliśmy się przez to targowisko, bacznie zważając na nasze torby i znaleźliśmy drugą tablicę przymocowaną do budynku w którym kiedyś mieszkał nasz wieszcz. Ciekawe czy w jego czasach, te dzielnice też tak wyglądały, czy raczej mieszkali tutaj bardziej zamożni Stambułczycy.

 

Muzeum Adama Mickiewicza w Stambule to turecka placówka muzealna, mieszcząca się w domu w Stambule, w którym 26 listopada 1855 zmarł Adam Mickiewicz.

 

W 1955, w stulecie śmierci wieszcza otwarto ekspozycję. W podziemiach budynku urządzono symboliczna kryptę poety, z krzyżem i płytą nagrobną z napisem: Miejsce czasowego spoczynku Adama Mickiewicza, 26 listopada - 30 grudnia 1855 roku. Od 2005 w salach muzeum znajduje się ekspozycja, przygotowana przez Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie. Muzeum Adama Mickiewicza jest oddziałem Muzeum Sztuki Tureckiej i Islamskiej w Stambule.

 

23. Muzeum Adama Mickiewicza

 

Po zlokalizowaniu tego budynku, próbowaliśmy wejść do środka, jednak drzwi były zamknięte. Próbowaliśmy zaglądać do okien, pukać ale nic się nie działo. Myśleliśmy, że być może jest jakieś inne wejście ale nic na to nie wskazywało, bo to zwykły budynek przeznaczony również do innych celów.

 

Wtem drzwi się otworzyły i ujrzeliśmy w nich ochroniarza gadającego przez komórkę, który nas zaprosił do środka. Nie przestawał rozmawiać i zaprowadził nas do podziemi, gdzie spoczywał przez pewien czas Adam Mickiewicz. Myślałem, że to koniec muzeum ale ochroniarz, nadal gadając przez komórkę, zaprowadził nas na piętra aby dokończyć zwiedzanie.

 

Oczywiście nie zrobiło to jakiegoś piorunującego wrażenia na nas, bo eksponaty to jakieś odlewy popiersia, wielkie plansze z opisem historii Polski i kilka oryginalnych (?) pożółkłych kartek zapisanych ręką Adama. Generalnie więc bardziej rajcowało mnie samo miejsce, że Mickiewicz tu mieszkał, niż te wszystkie eksponaty.

 

Po ok. 20 minutach byliśmy gotowi do wyjścia, ochroniarz nadal nawijał przez komórkę ale otworzył nam drzwi i znaleźliśmy się z powrotem na tej ulicy z targowiskiem. Jak widać muzeum jest darmowe i zapewne ochroniarz jest zatrudniony przez sąsiedni budynek bo raczej nasze muzeum go nie wynajmuje.

 

Do portu trzeba było wrócić tą samą drogą, więc najpierw dzielnica biedy, potem Cicek, Galatasaray i wreszcie pod Galatą znaleźliśmy się w porcie. Tam zgodnie z naszymi ustaleniami mieliśmy wyprawić się na azjatycki brzeg jednym z promów. Co prawda, po tamtej stronie nie ma zbyt wielu ciekawych miejsc do zwiedzania, bo część azjatycka to raczej sypialnia miasta, jednak nie wiedzieliśmy co możemy jeszcze tu porobić.

 

Najpierw Basia sobie poczekała na ławeczce przy przystanku, a ja poszedłem szukać odpowiedniego statku ale po fiasku mojej ekspedycji, wróciłem po nią i razem usadowiliśmy się na ławeczce i obserwowaliśmy sobie statki pływające po Bosforze. Odechciało się nam płynąć, bo po pierwsze, nie mogłem się dokładnie zorientować który statek gdzie płynie i jak wygląda sprawa z biletami, a po drugie to tak naprawdę mogliśmy tam jedynie iść na długi spacer na słynny cmentarz muzułmański lub odwiedzić wieżę Leandra. A że była niedziela więc wieża na pewno zarezerwowana i ciężko by było znaleźć miejsce w restauracji. W takim razie po prostu siedzieliśmy na ławce i nic nie robiliśmy.

 

Po dłuższej chwili ruszyliśmy w końcu się stamtąd i po raz pierwszy pieszo weszliśmy na most Galata.

 

Most Galata to most przecinający Złoty Róg. Znany jest również pod nazwami "Nowy Most", ponieważ zaczyna się przy Nowym Meczecie, oraz "Most Sułtanki Matki", gdyż powstał z inicjatywy matki sułtana: Bezm-i Alem.

 

Pierwszy most przez Złoty Róg został stworzony podczas oblężenia Konstantynopola w 1453. W 1912 niemiecka firma MAN zbudowała most o długości 468 m, który został silnie uszkodzony przez pożar w 1992. Most został odbudowany przez kolejną niemiecką firmę: Thyssen. Konstrukcja wspiera się na 114 stalowych filarach o średnicy 2 m i wysokości 18 m. By umożliwić statkom wejście do portów nad Złotym Rogiem, most posiada cztery otwierające się skrzydła o masie 5000 ton.

 

W dolnej części mostu znajduje się mnóstwo kawiarenek i knajpek i kiedy tam się znaleźliśmy nie dawano nam spokoju, bo ciągle nas błagano żebyśmy u nich coś zjedli. Mijaliśmy więc jedną knajpę po drugiej, odmawiając kolejno aż weszliśmy w końcu na górę żeby dali nam spokój. Na górze za to obie strony mostu były okupowane przez wędkarzy, którzy dzierżyli w dłoniach po kilka wędek. Patrząc z boku widać było tylko plątaninę żyłek i należał im się podziw za ich cierpliwość i samozaparcie bo pogoda nie była zbyt przyjemna dzisiejszego dnia. Oprócz wędkarzy, na naszej drodze stali najrozmaitsi handlarze a najśmieszniejsi byli ci z wagami łazienkowymi oferującymi pomiar wagi za 1TR. Niestety często to były dzieci.

 

Kiedy przeszliśmy przez most, znaleźliśmy się w dobrze nam znanym porcie gdzie oprócz sprzedaży spróbowanego przeze mnie wcześniej fish-kebaba, inna para facetów sprzedawała świeże ostrygi na które czaiłem się już poprzednim razem. Basia mnie wyręczyła i poszła zapytać o cenę. Faceci żądali 1TR za jedną sztukę więc po dłuższej obserwacji jak technicznie wygląda konsumpcja, zdecydowałem się na jedną. Basia odmówiła, tłumacząc że nie może jeść takich rzeczy wyobrażając sobie to zwierzątko robiące do muszli kupę. To ją odstrasza od skorupiaków. Z kupą czy bez, łyknąłem całą ostrygę zaprawioną sokiem z cytryny i mogliśmy ruszyć dalej. Mięsko (lub kupa) było całkiem smaczne.

 

Szliśmy torami tramwajowymi w górę w kierunku Sultanahmet. Mijaliśmy po drodze zarówno znane nam już zabytki jak i również sklepy i cukiernie, przy których Basia zatrzymywała się aby zrobić jakąś fotkę ciekawemu tortowi na wystawie.

 

Czas było coś zjeść i mieliśmy ochotę na jakąś pizzę. Trochę poszukaliśmy jakiejś pizzerii ale w końcu wylądowaliśmy w jakimś barze przypominającym stołówkę. Na kasie siedział dziadek w czerwonym swetrze, do nas dopadł kelner z pięknym uśmiechem na twarzy. Wybraliśmy pizzę i coś do picia za 7TR i zaczęło się czekanie. Myśleliśmy, że tu wszystko robią sami ale przyniósł nam odgrzaną mrożonkę i trochę byliśmy rozczarowani.

 

Nie było to może złe ale na koniec doszło do dziwnego dla nas wydarzenia, bo w momencie kiedy się zabieraliśmy do wyjścia, podszedł do nas ten sam kelner i przyniósł nam jeszcze ich słynną już dla nas herbatkę jako "present-drink". Trochę nas to zaskoczyło ale czuliśmy podstęp, że do rachunku dopiszą sobie kolejne 3TR. Nie ufaliśmy im po wpadce z czyścicielami butów, no ale z drugiej strony nie mogliśmy wyjść na palantów, którzy robią aferę koperkową o 3TR.

 

Wypiliśmy więc te herbatki, które bardzo mi podpasowały i poszliśmy do dziadka w swetrze aby zapłacić. O dziwo, herbatki były rzeczywiście prezentem bo nie zostaliśmy za nie skasowani i tym razem Turcy odkupili winę za pucybutów.

 

Ta stołówka była częścią domu handlowego, po którego piętrach trochę się pokręciliśmy ale niczym szczególnym się nie różnił od domów handlowych na całym świecie więc wróciliśmy na ulicę aby poszukać jeszcze dwóch atrakcji, które nas czekały w Stambule.

 

Pierwszą odkryliśmy niedaleko a była to łaźnia turecka do której zaplanowaliśmy sobie pójść po zapewne męczącym pobycie w Grand Bazar czyli Wielkim Bazarze. Bazar był właśnie tą drugą atrakcją. Zostawiliśmy sobie te dwa punkty programu na ostatni dzień, a dziś tylko chcieliśmy je zlokalizować, co nie było trudne.

 

W łaźni wreszcie jakaś pozytywna sprawa z naszymi legitymacjami – mamy 20% taniej. To dobra wiadomość, gorsza, że tam straszy tłok choć była nadzieja, że z powodu niedzieli. Basia miała obawy co do łaźni bo nie jest fanką sauny ale nie przyznałem jej się, że łaźnia to coś bardzo podobnego do sauny więc chyba nie do końca zdawała sobie sprawę co ją czeka. My tymczasem poszliśmy sobie trochę dalej aby dotrzeć do Wielkiego Bazaru.

 

24. Wielki (Kryty) Bazar

 

Kryty Bazar to miejsce handlu które jest jednym z największych obiektów tego typu w Turcji. Bazar zajmuje powierzchnię 30 hektarów, ma 61 ulic z około 3500 sklepikami, 22 bramy, restauracje i kawiarnie, dwa meczety i cztery fontanny. Sprzedaje się tu między innymi przyprawy, biżuterię, wyroby garncarskie oraz dywany.

 

W epoce Bizancjum znajdował się tutaj plac, na którym kupcy sprzedawali swoje towary. Po zdobyciu miasta przez Turków, na rozkaz sułtana Mehmeda Zdobywcy zbudowano w 1464 dwie hale dla jubilerów i antykwariuszy. Dookoła nich stopniowo zaczęły powstawać kolejne sklepiki. Po każdym zniszczeniu przez pożar czy trzęsienie ziemi bazar odnawiano i powiększano. Obecny kształt pochodzi z XIX w..

 

Kryty Bazar był w przeszłości również miejscem, gdzie zawierano transakcje bankowe i giełdowe. Do XIX w. odbywał się tutaj również handel niewolnikami. Wraz z rozwojem turystyki tradycyjne wyroby zostały zastąpione pamiątkami dla turystów.

 

Znaleźliśmy jedno z wejść i weszliśmy przez nie do środka. Nie było tłumów ale dostrzec można było potencjał tego miejsca. Niestety moje obawy co do tego miejsca raczej się potwierdzały, że jest to stolica kiczu i dupereli. Nie było jednak tłoczno, zapewne ze względu na porę, dlatego nasz krótki spacer nie był reprezentatywny do wiarygodnej oceny bazaru.

 

25. Wielki (Kryty) Bazar - wewnątrz

 

Po wyjściu wpadliśmy w szpony pewnego upierdliwego handlarza perfumami. Niestety Basia lekko się zawahała a to oznaczało koniec spokoju. Szedł za nami i non-stop gadał i błagał o wypróbowanie powtarzając w kółko słowo "original". Basia miała ochotę kupić sobie coś tam od niego, bo podobno znała te zapachy i rzeczywiście były podobne. Kiedy zaczęła negocjować to już wiadomo było, że nas nie wypuszczą z tego miejsca. Trzeba było negocjować ale skończyło się na tym, że kupiła jakieś flakony, sama niedowierzając do końca czy dobrze zrobiła.

 

Wracaliśmy do naszego hotelu inną drogą i zatrzymaliśmy się w jednym z hoteli gdyż przed nim stała reklama łaźni, która znajdowała się w piwnicy tego hotelu. Cena była atrakcyjna i wyglądało to zachęcająco. Oczywiście znów nasz moment zawahania spowodował szybki kontratak ustawionego na bramce gostka, który zawołał innego a ten już się nami zaopiekował tak, że zeszliśmy na dół obejrzeć wnętrze. Było nowoczesne więc nie była to tradycyjna łaźnia ale dopiero pod koniec wyjaśniła się tak niska cena. Była niska bo nie zawierała masażu, którego koniecznie chcieliśmy doświadczyć, gdy się ją wliczyło wychodziło na to samo. Podziękowaliśmy więc umawiając się na jutro ale już raczej wiedzieliśmy, że zostaniemy przy tamtej klasycznej, starej w centrum.

 

Powolutku wróciliśmy do hotelu i zakończyliśmy dość wcześnie nasz dzień. Powoli zaczynaliśmy myśleć o powrocie. Do końca dnia już tylko wylegiwaliśmy się, zastanawiając się nad organizacją powrotu do domu, bo czekała nas bardzo wczesna pobudka.

 

Zobacz video z całego dnia: http://www.youtube.com/watch?v=7g3VaXUFpx0

 

 

Dzień 5: Hotel Sur (A) – Muzeum Mickiewicza (B) – Wielki Bazar (C) – Hotel Sur (D) 11km

 

 

Dzień 6 - 25 kwietnia 2011 – poniedziałek

 

CZYŚCIUTKIE CIAŁA

 

To ostatni dzień w Stambule i zostały nam już tylko dwie duże atrakcje: łaźnia i bazar. Zanim jednak tam się udaliśmy, poszliśmy sobie na poranny spacer do miejsca gdzie można zobaczyć miejskie akwedukty.

 

Akwedukt Walensa jest akweduktem w Stambule, który w czasach Konstantynopola dostarczał wodę do miasta. Zbudowano go w 375 roku na rozkaz cesarza rzymskiego Walensa. Akwedukt leży między trzecim a czwartym wzgórzem Półwyspu Historycznego. Woda była sprowadzana z Lasów Belgradzkich do fontanny na Placu Beyazit. Stamtąd woda była rozprowadzana po całym mieście. Akwedukt ma wysokość 20 m i został odrestaurowany w XVII wieku. Z akweduktu zachował się do dzisiaj 200 m odcinek w Beyazit oraz 600 m przy Unkapanı.

 

Po dotarciu na miejsce, usiłowaliśmy sobie zrobić fajne zdjęcia ale w sukurs przyszła nam pewna turystka, która najpierw sama porobiła sobie zdjęcia, a potem zaproponowała zrobienie nam wspólnego na tle akweduktu.

 

26. Akwedukt Walensa

 

Nic więcej nie było tam do roboty więc ruszyliśmy jeszcze bliżej tej ciekawej budowli i w końcu przeszliśmy pod nią, kierując się do centrum. Szliśmy w kierunku bazaru, bo tam mieliśmy spędzić trochę czasu ale wyszliśmy na bramę uniwersytetu.

 

Weszliśmy na teren kampusu i znaleźliśmy jakąś ławeczkę żeby sobie trochę odsapnąć. Obserwowaliśmy kręcących się studentów i całkiem sporo studentek. Absolutnie nie widać w tym miejscu, że jest to kraj muzułmański.

 

Czas było ruszyć na bazar ale idąc dalej dotarliśmy do skarpy, pod którą znajdowała się ulica. Nie dało się jednak zejść na dół więc szliśmy jeszcze dalej jakąś małą uliczką. Zaprowadziła nas ona niestety donikąd ponieważ okazała się być ślepą. Nie było wyjścia i trzeba było wyjść przez główną bramę.

 

Tam trochę nas rozbawiła sprawa prześwietleń bagaży i groźnie wyglądających ochroniarzy. Śmieszne to było, bo przecież my weszliśmy przez jakąś boczną bramę gdzie nawet szlabanu nie było, a tutaj ostre kontrole.

 

Po przejściu przez tę bramę, znaleźliśmy się na dużym placu skąd już całkiem niedaleko było do bazaru. Jednak już w pobliżu można było zauważyć pierwsze stragany i handlarzy i weszliśmy do jednego takiego celem zakupu czarnej bluzy adidasa z różowym napisem. Żadne z nas tego nie pragnęło ale Basia miała spełnić marzenie swej koleżanki i dlatego było to zadanie priorytetowe. Już wczoraj znaleźliśmy taką na głównym bazarze jednak cena była lekko wygórowana. W tym sklepiku, Basia nawet spróbowała się targować choć też popełniła błąd taktyczny, niemniej jednak udało się nam wynegocjować w miarę dobrą cenę i prośba została spełniona.

 

To wszystko działo się już tuż za murami Wielkiego Bazaru więc można rzec, że byliśmy na miejscu. Jednak zanim weszliśmy na teren kupiecki, chcieliśmy zwiedzić jeszcze jedną rzecz znajdującą się w pobliżu. Po turecku nazywa się to Buyuk Valide Han. Według przewodnika jest to zbudowany w 1651 roku karawanseraj czyli dom zajezdny dla karawan lub miejsce postoju karawany z pomieszczeniami dla podróżnych, niszami chroniącymi przed słońcem, magazynem dla przechowania towarów, często o charakterze obronnym, budowany w krajach muzułmańskich. W przypadku Wielkiego Bazaru, był to rząd starych magazynów.

 

Próbowaliśmy wdrapać się na dach, bo podobno fajnie widać miasto i bazar ale nie potrafiliśmy znaleźć żadnego wyjścia. Kręciliśmy się po piętrach tych magazynów, czasami spotykając jakichś ludzi. Momentami czuliśmy, że łazimy tam gdzie raczej nie powinniśmy bo te magazyny były niczym stare strychy. W końcu daliśmy za wygraną i zeszliśmy na poziom ulicy. Czas wejść na to ogromne targowisko.

 

Świątynia kiczu z mnóstwem ulic, uliczek, pasaży i ludzi. Stoiska niczym na wiejskim odpuście lub na targu w każdej polskiej miejscowości. Reklamują się, że można tam kupić dosłownie wszystko ale to guzik prawda, bo asortyment ogranicza się do kilku produktów. Zresztą nie są nawet odpowiednio pogrupowane na całym terenie i chodząc wśród tych sklepikarzy, ciągle napotyka się te same rzeczy. Są to ciuchy, dywany, przyprawy i tandetne pamiątki.

 

Dla nas to była wycieczka edukacyjna a nie handlowa, ale jakieś pierdoły zawsze można kupić na pamiątkę. Zaczęliśmy więc przeglądać otwieracze, magnesy i tego typu rzeczy. Basia ma dużą rodzinę więc nazbierało się tego kilka sztuk, obliczyliśmy cenę i podaliśmy jednemu sprzedawcy swoją. A tutaj zaskoczenie, bo gościu ani trochę nie chce zejść z ceny! Odkładaliśmy kupno tych rzeczy do dzisiaj aby móc je kupić na bazarze, a tutaj takie zaskoczenie. Dawałem mu cenę 20TR za kilka pierdół i nawet skłonny byłem mu tyle zapłacić bo nie chciałem już tego dłużej szukać i przeciskać się pośród tych straganów ale do akcji wkroczyła Basia, która pozbierała fanty i mu oddała. Jej ostra reakcja zadziwiła nie tylko handlarza ale i mnie.

 

W sumie spacer po bazarze trwał godzinę i naprawdę byliśmy tym bazarem rozczarowani. Zaczęliśmy również porównywać ceny i wyszło, co nas najbardziej zdziwiło i zbulwersowało, że ceny są znacznie wyższe na tym właśnie bazarze niż w pozostałych częściach miasta. Dodatkowo było to bardzo nudne dlatego postanowiliśmy pożegnać się z Wielkim Bazarem i poszukać pamiątek gdzie indziej. Jeszcze tylko odpisałem Świrkowi na SMSa, którego nam przysłał i byliśmy już poza murami bazaru.

 

Najpierw poszliśmy na obiad. Kolejny raz do naszego znajomego od kebabów. Wziąłem tym razem dużego, bo ostatnio interweniowałem, że inni goście dostali dużo większego za niewiele więcej. Gościu poznał nas od razu i za chwilę zostaliśmy obsłużeni.

 

Potem cały czas spędziliśmy na chodzeniu po sklepach i szukaniu ciekawych rzeczy do kupienia. Takie chodzenie było po jakimś czasie męczące więc szukaliśmy też jakiejś kawiarenki żeby odsapnąć. Zaganiali nas w różne miejsca ale część odpadła ze względu na dozwolone palenie. Doszliśmy aż pod Hagia Sofię, po drodze kupując w sklepie zielarskim kilka produktów. Zajrzeliśmy też do sklepu z koszulkami bo chciałem jedną sobie sprawić. Myślałem, że znów uda mi się coś stargować ale gościu był wyjątkowo niemiły i odpuściliśmy go sobie.

 

Czas naprawdę na kawę i dlatego weszliśmy w dzielnicę kawiarenek. Chcąc przejść na drugą stronę pewnego budynku, wspięliśmy po schodkach kiedy nagle niczym rottweiler doskoczył do nas pewien gościu, recytując cennik i ofertę swojego lokalu. Byłem w takim szoku, że nawet nie zdążyłem pomyśleć o co mu tak naprawdę chodzi. Gdy byliśmy z drugiej strony jego lokalu, zaatakował nas powtórnie. Oni momentami praktycznie zmuszają ludzi do zjedzenia lub wypicia czegoś u nich.

 

Wreszcie się zdecydowaliśmy na jednego z naciągaczy bo obiecał nam niższą cenę, ciepło i miejsce przy oknie. Zamówiliśmy po kawie, a ja dojrzałem przez okno reklamę kartek i znaczków. Basia pobiegła szukać aby móc wypisać kartki i wróciła ze znaczkami. Wypisała kartki kiedy kelner demonstrował płonący gulasz jakiejś parze turystów.

 

Wracając jeszcze raz wstąpiliśmy do sklepu z koszulkami i zaczęliśmy wybierać sobie jakieś. Wtedy doskoczył do nas ten niemiły sprzedawca i zaczął się wydzierać na nas, że wyciągamy z wieszaków koszulki nie prosząc go o zrobienie tego. Na początku czekaliśmy na niego, jednak on był zajęty kimś innym i dlatego oglądaliśmy sobie je sami. Wiedziałem, że nie życzy sobie wyciągania bo był napis po angielsku żeby tego nie robić więc stosowałem się do niego. Dlatego kiedy wyskoczył do mnie z pretensjami zadawałem mu chyba z 5 razy do samo pytanie: "Czy widzisz żebym wyciągnął choć jedną?". On w tym czasie tłumaczył, że tylko on wie gdzie co jest (chodziło o rozmiary) i tak się przekomarzaliśmy. W końcu przekrzyczałem go i przyznał mi rację, że nie wyciągnąłem żadnej i przeprosił za oskarżenie. Niestety ja nie zauważyłem, że Basia trzymała w ręce jedną z koszulek. Facet miał rację.

 

Po zakupie tych nieszczęsnych koszulek ruszyliśmy w kierunku łaźni. Łaźnia ta to jedna z najsłynniejszych miejskich łaźni. Zwie się ona w oryginale Cemberlitas Hamami (http://www.cemberlitashamami.com.tr/) i zostala zbudowana w roku 1584 przez fundację Sułtana Nurbanu , matki Sułtana Murata III. Sinan był projektantem tego przybytku.

 

Kiedy doszliśmy do celu, nie było aż tak wielu ludzi jak wczoraj. To był dobry znak i mogliśmy bez czekania od razu skorzystać z tej atrakcji. Wybraliśmy klasyczny zestaw z masażem i trochę niepewni jak to będzie wyglądało i czy tak samo jak w TV kiedy Varun Sharma poddał się temu zabiegowi.

 

Dostaliśmy bilecik na gumce na rękę, zapakowaną rękawicę z włosia i musieliśmy się rozstać, bo kobiety szły na prawo, natomiast mężczyźni na wprost. Wszedłem więc po schodkach na górę i przejęty zostałem przez kolejnych obsługujących, którzy wręczyli mi ręcznik i klapki oraz kluczyk do pokoiku, w którym miałem się przebrać. Dostałem też ręczniko-ścierkę do opasania się na biodrach.

 

Wszedłem więc do tego pokoju, przebrałem się w tę ścierkę i klapki i ruszyłem w dół z przypiętymi do ręki kluczykiem od pokoju i żetonem, który pokazywał jaką opcję wykupiłem. Trzeba było przejść przez hol, gdzie się kupuje bilety, a potem już wchodziło się do pomieszczenia gdzie były prysznice i zwrot mokrych ścierek.

 

Kiedy wszedłem tam, skierowano mnie do głównego pomieszczenia czyli tak naprawdę sauny parowej. Oczom mym ukazała się zamglona sala z centralnie położonym marmurowym okręgiem, na którym torturom byli poddawani tacy goście jak ja. Tuż po wejściu dopadł mnie jeden z gości, którzy mieli w odróżnieniu od nas, niebieskie ścierki na biodrach i zaprowadził mnie na ławeczkę pod ścianą. Tam znajdowało się coś w rodzaju marmurowej wanienki z bardzo ciepłą wodą oraz szereg pałętających się blaszanych misek. Facet, który wyglądał jak stereotypowy Turek, czyli miał ok. 1.60m wzrostu, wąsa, owłosione plecy i mięśnie rąk i nóg niczym niedźwiedź a właściwie tur, szarpał mną na wszystkie strony usadzając na wspomnianej ławeczce i wylewając kilka metalowych misek tej bardzo ciepłej wody.

 

Byłem w lekkim szoku, bo cała ta operacja trwała może z 10 sekund, od mojego wejścia do łaźni do zorientowania się, że jestem mokry i zaczął się proceder przygotowujący. Już bolała mnie ręka bo Tur(ek) chwycił mnie w stalowym uścisku i burknął tylko: "Wait!". Czekałem więc pokornie aż skończy maltretować innego delikwenta i już widziałem co mnie zaraz czeka.

 

Za chwilę przyszedł po mnie, szarpnął mną znowu i pociągnął pod ten podest. Tam burknął "sit!" i znowu wylał mi na głowę parę litrów prawie wrzątku. Następnie jednym silnym i szybkim ruchem wyrwał mi z ręki gąbkę z owczego włosia i zanurzył ją w bali z pianą. Za chwilę ta piana była już na mojej głowie i spływała mi po twarzy. Nie minęło 10 sekund kiedy padła kolejna komenda: "shoes!" i musiałem wyskoczyć z moich bamboszy bo już mnie dociskał stalowym przedramieniem usiłując "powiedzieć", że mam się położyć. Krótko mówiąc pierdyknął mną o ten marmur aż gruchnęły kości i zacisnął na mojej łydce swoje dłonie. Poczułem się jakby ugryzł mnie koń po czym te końskie zęby zaczęły przesuwać się na uda a potem to samo stało się z drugą nogą. Kiedy skończył, klepnął żebym się obrócił i to samo robił z przodu.

 

Znowu było "sit!" i zajął się moimi plecami i karkiem. Najpierw fajnie miło pianą i tą gąbką ale za chwilę poczułem wbite grube paluchy w moim karku i zaczął coś mi majstrować w kręgosłupie. Drugą ręką przytrzymywał mnie więc zacisnął swe żelazne palce na moim ramieniu i czułem, że krew tam nie dopływa. Kciukiem pojeździł po kręgach i znowu kilkanaście litrów gorącej wody wylądowało na mnie.

 

Wszedł jakiś nowy gościu więc rzucił do mnie "wait!" i zajął się tamtym w ten sam sposób jak zajął się mną kiedy wszedłem. Wylał na faceta kilka misek i burknął "wait!". Po powrocie do mnie warknął "shoes!" i szarpnął mnie abym wstał. Zaciągnął mnie na zewnątrz, do pryszniców i posadził obok innych gostków. Tam nie było tak gorąco, nie było pary ale wanienki z wodą też były tylko, że… z duuuuuuuuuużo chłodniejszą wodą. Chlusnął więc kilka misek na mnie co oznaczało szok termiczny po czym zaczął mnie maltretować ponownie. Zaszedł mnie od tyłu i uwalił się całym cielskiem na mnie, tak że prawie dotknąłem czołem posadzki i znów paluchami po kręgach. Zszedł ze mnie złapał mnie za rękę i zaczął potrząsać nią tak, że myślałem, że mi ją urwie ale to chyba była część rozluźniająca.

 

Po zakończeniu tego, walnął mnie w pysk kilkoma chlustami zimnej wody i spod jego wąsisków  wyrwały się tym razem dwa słowa a nie jedno: "Massage good?" No kurde, "good" odpowiedziałem bo raczej chyba nikt nie śmiałby zaprzeczyć. Ten facet mógł ze mną zrobić co by chciał więc zapewne nigdy nie usłyszał innej odpowiedzi niż "good". Kiedy to usłyszał ode mnie, zaczął mi coś tłumaczyć o oczach i prysznicu wskazując i demonstrując jak się myć. Jednakże to wyartykułowania tej informacji używał co najmniej dziwnej składni polegającej na luźnym połączeniu kilku rzeczowników i czasowników bez żadnego czasu gramatycznego, przekaz ten był dla mnie trudny do rozszyfrowania. Złapał mnie za rękę na pożegnanie i zniknął za bramą do piekła.

 

Zostałem tam sam i nie za bardzo byłem zorientowany o co chodzi. Czy to koniec już? Czy mam się wykąpać i zmykać? Minęło ok. 15 minut więc prawdę mówiąc byłem lekko rozczarowany, że to tak krótko trwa bo w sumie było to dość fajne doświadczenie. Zastanawiałem się przez chwilę i poszedłem się wykąpać. Kiedy wróciłem spod prysznica, dziadek rozdawał ręczniki i odbierał te mokre ścierki z bioder. Kiedy mi chciał wręczyć suchy ręcznik spytałem czy mogę tam wrócić bo chciałem sobie jeszcze poleżeć w ciepełku i się zrelaksować. Nie było problemu i wszedłem z powrotem na salę.

 

Znalazłem dodatkowe pomieszczenia w których były wanienki i ławeczki bogato zdobione w marmurze. Siedziało tam dwóch Włochów. Siedziałem z nimi i polewaliśmy się wodą, raz ciepłą raz chłodną bo były tam dwie różne wanienki tak po prawdzie. Nie było tam aż tak strasznie gorąco jak w suchej saunie ale wilgotność była niesamowita.

 

Po kilku minutach wyszedłem z tej komnaty i położyłem się na tym ogromnym marmurowym okręgu, który był jak się okazało gorący. Na jego obrzeżach ci goście w niebieskich ściereczkach torturowali bladych turystów, na środku jednak było sporo miejsca aby się móc rozłożyć i poleżeć na gorącej marmurowej płycie. Warknąłem więc do siebie: "shoes!", bo chyba tak trzeba i walnąłem się obok jakichś gości. Pod głowę włożyłem jedną z tych misek i leżałem sobie w cieple i parze słysząc komendy wydawane przez masażystów.

 

Obserwowałem sobie wnętrze tej łaźni, która ma tyle lat i zastanawiałem się jak bardzo się różni obecnie od tego, co było przed wiekami. Myślałem też, jak idzie Basi bo zapewne będzie na mnie zła, że jej nie ostrzegłem, że tam tak gorąco. Ilekroć próbowałem ją wyciągnąć do sauny, zawsze odmawiała więc kiedy na "saunę" powiedziałem "łaźnia" wreszcie się skusiła ale jakie efekty tego będą, miałem lekkie obawy.

 

Trudno liczyć czas bez zegarka ale wydawało mi się, że zbliża się 45 minut więc chyba najwyższy czas aby się zbierać bo wstępnie umówiliśmy się na godzinkę rozłąki. Wstałem więc z tego blatu, zakosiłem komuś klapki, bo ktoś zrobił to z moimi i poszedłem się wykąpać jeszcze raz. Potem dostałem od dziadka  ręcznik i poszedłem na górę. Basi nie było w holu, co oznacza, że jeszcze ją męczą więc na spokojnie się wytarłem i przebrałem.

 

Oddałem cały pakiet ręczników za co panowie wystawili puszkę z drobnymi. Przeprosiłem ich za brak gotówki, bo istotnie nie miałem żadnych pieniędzy przy sobie. Jakoś nie obrazili się za to, bo niby dlaczego mieliby? Zszedłem na dół i czekałem na Basię obserwując co się dzieje w holu.

 

Oczywiście ruch był spory, ludzie przychodzili i wychodzili, kręciła się też obsługa, suszyły się ręczniki a masażyści wychodzili na kilka chwil aby się przewietrzyć bo cały dzień w takiej parówie to chyba ciężko wytrzymać. Ten mój, który nota bene wyglądał identycznie do tego, który mył Varuna Sharmę w jego luksusowych podróżach, też wychodził i kiedy Basia już się zjawiła, pokazałem jej go. Czy to mógł być ten sam gość? Całkiem możliwe.

 

My natomiast byliśmy czyści jak nigdy przedtem, a Basia była nawet zadowolona i już przestała się obawiać sauny kiedy jej powiedziałem, że to tak właśnie wygląda. Mogliśmy już iść sobie bowiem nasza ostatnia atrakcja czyli łaźnia turecka została zapisana na liście w czasie przeszłym.

 

Tutaj można zobaczyć video z Cemberlitas Hamam nagrane przez dziennikarza BBC Michaela Palina: http://youtu.be/Ij8YuHIpOjw?t=58s

 

Pić. O tym myśleliśmy teraz bo chyba wszystkie płyny z nas uszły w tej cieplarni i trzeba było je uzupełnić. Na zewnątrz działał bar z sokami i nie patrząc na cenę zamówiliśmy sobie po świeżo wyciskanym soku pomarańczowym. Cena była wysoka jak się okazało bo aż 5TR za dwa małe soczki ale warto było bo wreszcie ugasiliśmy pragnienie.

 

Pozostał nam już tylko ostatni spacer po mieście bo robiło się już późno i ciemno, a przed nami jeszcze wieczorne pakowanie bo pobudka ma być o 2.30 w nocy. Zeszliśmy sobie w dół, w kierunku morza aby odwiedzić dzielnicę zwaną Kumkapi. Jest to stara dzielnica rybaków z drewnianymi domkami i wąskimi uliczkami, na których rozmieszczone są knajpki i małe targowiska owoców morza.

 

Idąc tam wpadaliśmy znów w szpony męczących naganiaczy. Przed aleją Kennedych było gwarno i kolorowo, potem się wyciszyło i przewagę zdobyły targowiska. Widać było na nich najróżniejsze stwory morskie prosto z połowu. Niestety były też tam knajpki i musieliśmy uciekać przed naganiaczami, bo już sami się nauczyliśmy dokładnie patrzeć czy po nas idą. Czasem jednak potrafili nas zajść od drugiej strony i wtedy trzeba było się tłumaczyć, że nie jesteśmy głodni.

 

Chcieliśmy dojść do latarni morskiej na cypelku i ruszyliśmy w tamtym kierunku ale nasza wycieczka zatrzymała się w porcie międzynarodowym. Dalej nie za bardzo można było iść i poza tym było już całkiem ciemno. Wracaliśmy więc wzdłuż wybrzeża wypatrując drogi na Sultanahmet.

 

Kiedy weszliśmy do naszej dzielnicy, podeszliśmy najpierw do sklepu aby zrobić drobne zakupy na jutrzejszą podróż. Zostało nam 5 minut drogi do hotelu ale coś jakby zgłodnieliśmy i przechodząc obok knajpki, którą mijaliśmy codziennie i wydawało się nam, że muszą biedę klepać bo nigdy tam nikogo nie było, postanowiliśmy zajrzeć na kebaba do nich. Mieliśmy niecałe 20TR, nasze ostatnie liry i trzeba było je wydać.

 

Nie było problemu z wejściem, właściciele się ucieszyli i zaprowadzili nas na górę. Wtedy zrozumieliśmy, że ten lokal wcale nie taki zabidzony. Naprawdę byliśmy zaskoczeni in plus ofertą i warunkami tam panującymi. Szybko zjawiła się inna ekipa, całkiem pokaźnych rozmiarów grupa z Włoch, a my już zamówiliśmy sobie naszą ostatnią kolację. Obliczyliśmy sobie starannie, że powinniśmy się wyrobić z pieniędzmi i podano nam fajną, ciepłą kolację oraz chleb libański.

 

Chcieliśmy wyrobić się przed 21.30 żeby jeszcze podejść pod meczet i dlatego o 21.25 zeszliśmy na dół aby zapłacić rachunek. No i wtedy okazało się, że mamy niezłego farta bo rachunek wyniósł nas 18.20TR a my mieliśmy 18.25TR więc dosłownie na styk się wyrobiliśmy. Nie wiem co by było gdybyśmy nie mieli tyle pieniędzy.

 

Najedzeni wyszliśmy na zewnątrz aby podejść pod Błękitny Meczet aby nagrać o 21.30 jęki imama płynące z głośników. Słyszeliśmy to codziennie ale to był ostatni raz i byliśmy tuż pod głośnikami umieszczonymi na minaretach. Trzeba przyznać, że robi to wrażenie choć zapewne szybko się nudzi.

 

To był ostatni punkt wycieczki do Stambułu. Szybko znaleźliśmy się w hotelu i zaczęło się pakowanie. Potem zszedłem na dół aby zapłacić. Na recepcji siedział dzisiaj Dominik, ten co nas wiózł. Podliczył wszystko zgodnie z planem, choć gdybym mu nie wspomniał o tym, że nas wiózł, sam zapomniałby o tym. Być może przez to policzył tylko €20 zamiast €25 i nie policzył za wodę, którą wzięliśmy w pierwszą noc. Przygotowani do krótkiego snu, położyliśmy się spać.

 

Zobacz video z całego dnia: http://www.youtube.com/watch?v=F1kpdyAo7IY

 

 

Dzień 6: Hotel Sur (A) – Akwedukty (B) – Uniwersytet (C) – Wielki Bazar (D) – Łaźnia (E) – Kumkapi (F) – Hotel Sur (G) 9km

 

Dzień 7 - 26 kwietnia 2011 – wtorek

 

LOTNISKA I DWORCE

 

Budzik nastawiony na 2:30 wybił nas z głębokiego snu. Szybka toaleta i już mogliśmy wychodzić na busa. Trochę musieliśmy się tłuc schodząc po krętych schodach i zastaliśmy zaspanego recepcjonistę, który pomógł Basi znieść walizkę. Krótka wymiana zdań i jeszcze tylko chwilkę czekaliśmy bo busik zjawił się punktualnie.

 

Byliśmy pierwsi więc po załadowaniu bagaży czekała nas wędrówka po mieście za pozostałymi uczestnikami. Zwiedziliśmy więc kilka hoteli, w busiku przybyło sporo ludzi aż w końcu mogliśmy jechać już na lotnisko.

 

W Stambule są dwa lotniska ale większość ludzi jest obsługiwana przez to ważniejsze oczywiście imienia Ataturka. Zresztą wszystko w tym mieście jest imienia Ataturka. Wszędzie są jego pomniki, zdjęcia i coś należało do niego lub kiedyś tędy szedł itd. To tak jak w Polsce z JPII. A kim naprawdę był Ataturk? Z ciekawości aż sam musiałem się dokształcić bo znałem tylko kilka faktów.

 

Kemal Atatürk (do 1934 Mustafa Kemal Pasza, Mustafa Kemal Paşa, ur. 1881 w Salonikach – zm. 10 listopada 1938 w Stambule) – turecki polityk i wojskowy, pierwszy prezydent Turcji.

 

W 1922 roku stanął na czele ruchu nacjonalistycznego i obalając sułtanat zakończył epokę Imperium osmańskiego. Po proklamowaniu republiki przeniósł stolicę kraju ze Stambułu do centralnie położonej Ankary. W 1923 roku został wybrany na pierwszego prezydenta Turcji, którym pozostał aż do śmierci w 1938 roku, wprowadzając autorytarne rządy i modernizację oraz europeizację kraju.

 

Wśród przeprowadzonych reform prawnych i społecznych na uwagę zasługują m.in. wprowadzenie kalendarza gregoriańskiego, alfabetu łacińskiego, oczyszczenie języka tureckiego ze słów pochodzenia arabskiego i wprowadzenie nazwisk, sam Mustafa Kemal wybrał dla siebie nazwisko Atatürk, czyli Ojciec Turków, którego nie wolno było nosić żadnemu innemu Turkowi. Znacznie ograniczył ingerencję islamu w politykę państwa wprowadzając kodeks karny. Za jego rządów wprowadzono obowiązkowe nauczanie kobiet, a także ustawy gwarantujące kobietom równość społeczną i polityczną, promowano też zachodni styl ubierania się.

 

W latach 1930-35 przeprowadził pięcioletni plan gospodarczy, którego celem było modernizacja i uniezależnienie gospodarcze Turcji.

 

Generalnie więc to musiał być spoko gościu, że wziął za twarz tak ogromny naród i zrobił z nim porządek.

 

La lotnisku im. Ataturka byliśmy już o 4.00 rano i od razu chcieliśmy się odprawić aby nie łazić z walizkami. Po odprawie, naburmuszona Basia wyznała mi, że jest na mnie obrażona, że nie pomogłem jej znieść walizki po schodach. No to musiałem teraz cierpliwie czekać aż jej przejdzie.

 

Zdążyliśmy też wysłać kartki, które wyszarpnął Basi pracownik poczty na lotnisku im. Ataturka. Na głowie Basi spoczywała jeszcze jedna sprawa do załatwienia: kupno tureckiej wódki dla kolegi ze studiów Turka Ahmeda. Prosił Basię o przywiezienie raki.

 

Rakı (czyt. raky, z akcentem na drugą sylabę) to turecka wódka o zapachu anyżkowym destylowana najczęściej ze świeżych winogron (yaş üzüm rakısı), rodzynek lub z fig (incir rakısı). Zawiera 40-50% alkoholu. Jest uważana w Turcji za narodowy napój. Tradycyjnie podaje się ją z wodą. Po rozcieńczeniu mętnieje i staje się biała.

 

Oczywiście najlepiej zakupić taką wódkę na duty free choć nie wiedzieliśmy czy można będzie ją zabrać skoro Turcja nie należy do UE. Jednak nie wydawało się nam prawdopodobne żeby nam ją odebrali w Niemczech bo przecież plombują zakupy na bezcłówkach. Dlatego śmiało poszliśmy do pierwszego sklepu bezcłowego. Tam po znalezieniu odpowiedniej flaszeczki skierowaliśmy się do kasy gdzie niestety poinformowano nas, że raczej marne szanse dowieźć to do Polski bo Niemcy nam to zabiorą.

 

Jakoś nie mogliśmy sobie tego wyobrazić i nawet zastanawialiśmy się czy na pewno będziemy przechodzić kontrolę skoro tylko się przesiadamy. Ale nie zaryzykowaliśmy kupna tylko poszliśmy do innego sklepu i spróbowaliśmy jeszcze raz tego samego numeru. I tym razem sytuacja się powtórzyła i daliśmy się przekonać, że nic z tego nie będzie, mimo plomb. Odpuściliśmy więc te zakupy.

 

Zeszliśmy na dół, do poczekalni na nasz lot i Basia zasnęła w fotelu a ja czekałem aż otworzą bramki. Obok był lot do Frankfurtu więc sporo ludzi się zebrało w tym miejscu.

 

Wreszcie zjawiła się załoga, doświadczony starszy pan i jakiś siusiek, który chyba ledwie maturę zdał. Przeszli bez kolejki przez bramki, a potem wszyscy pasażerowie wśród których sporo Amerykanów. Takich typowych z middle class. W kolejce przede mną stała dziewczyna, którą odesłano z kolejki bo pomyliła samolot. Może i dobrze bo była z IranuJ

 

Zaczęły się typowe procedury przed lotem aż wreszcie zasiedliśmy w nowym, jak się okazało, airbusie A321. Opowiedział nam o tym kapitan, który stwierdził, że dumny jest z prowadzenia tak nowego (2 miesiące) samolotu wyprodukowanego w Hamburgu.

 

Lot był klasyczny, pogoda ładna, widać znów było Alpy, austriackie wioski i na koniec bardzo piękne lądowanie. Żadnego nawet tąpnięcia, nic w ogóle nie było czuć, że samolot wylądował. Po kołowaniu, wyszliśmy na lotnisko w Monachium i tym razem mieliśmy dużo mniej czasu. Idąc korytarzem natknęliśmy się na grupę policjantów, którzy wyłuskiwali z tłumu podejrzanie wyglądających i od razu ich legitymowali. Nas chyba przeoczyli.

 

Odszukaliśmy więc naszą bramkę i musieliśmy przyznać Turkom z bezcłówki rację, bo musieliśmy przechodzić kontrolę bagażową. My liczyliśmy tylko na paszportową. Podczas kontroli musiałem wyciągnąć kamerę z plecaka i zacząć nagrywać! Nawet o takie rzeczy się już czepiają. Ale obyło się bez problemów, jednak flaszka z wódą by nie przeszła.

 

Dalej znów monotonne czekanie na kukuruźnika do Wrocka, który przywitał nas deszczem ale lepszą pogodą niż pożegnał nas Stambuł. Zawieźli nas do terminalu i już bez paszportowej mogliśmy odebrać bagaże. Basia dzwoniła do Mamy w sprawie busów do Złotoryi bo nie sprawdziliśmy sobie i trzeba było podejść na Sieradzką.

 

Kiedy można było już się pakować do busika, na pytanie jednego z pasażerów kto sprzedaje bilety (bo nie było kierowcy), zażartowałem, że dziś jeździ się za darmo i ten gość w to uwierzył. Potem zapytał o to kierowcę i zrobiła się mała zadyma.

 

W czasie jazdy autostradą zaczęliśmy odczuwać brak snu i zmęczenie i trochę usypialiśmy. Na szczęście nie było jeszcze późno i na pewno mieliśmy szansę odespać naszą powrotną drogę z Turcji.

Dzień 7: Hotel Sur - Lotnisko im. Ataturka  18km

 

 

DOLOT

(4106)

Wrocław – Monachium – Stambuł

2053

Stambuł – Monachium – Wrocław

2053

 

 

Dojazd na lotnisko:

 

Polska                                                 180                                                                     

Turcja                                                    36

 

MIASTO*:

(216)

Tramwaj – Taxi - Pieszo

111

 

 

* - trudno oszacować

 

4,500 km

 

 

ŹRÓDŁA: Wszelkie profesjonalne opisy zabytków i miejsc i in. zostały skopiowane z poniższych stron:  www.wikipedia.org. Mapy pobrane z www.maps.google.com oraz www.gcmap.com